| |
Zamiast
środa, 26 listopada 2008 || 00:04:59
Jest sobie taki stary dowcip, który ostatnimi czasy uwielbiają wszelkie antykatolickie portale, takie jak Pardon: „Jaki jest najlepszy sposób na zapobiegnięcie niechcianej ciąży?” „Szklanka wody” „Przed czy po?” „Zamiast…”
Nie o tym będzie ta notka.
To znaczy o tym w zasadzie. Tylko nie o szklance wody. Za to dokładnie o tym, czego czepiają się wyżej wymienione portale. Bo nie mam wątpliwości, że część z czytających mnie osób uważa się za katolików. Co więcej – część z tej części osób zdaje sobie z pewnością sprawę z tego, że katolicka moralność zabrania używania antykoncepcji, część z tej części części wie dlaczego i nawet jest w stanie się zgodzić, ale tylko część z części części części wie co zamiast i nie mówię o szklance wody.
Bo można się spotkać z takimi ciekawymi sytuacjami, jak ta, w której będąc z Gośką znajdowałem się sam. Absolutnie mowy nie ma o antykoncepcji w małżeństwie (choć takie myślenie miałem dopiero pod koniec naszego związku). Ale nie miałem pojęcia cóż można zasugerować w zamian. Niektóre niewiasty mogą zakomunikować: „Ale ja nie chcę mieć 20 dzieci!” Co na to odpowiemy? „Przemyślimy to”, czy może „Jakoś cię przekonam”?
O antykoncepcji już kiedyś pisałem, jeszcze jako kleryk (ZBADAJ). Przypomnę, że katolicka moralność zakazuje jej używania dlatego, że akt płciowy (znany także jako akt małżeński – jako że moralnie dobry jest tylko w małżeństwie) ma dwa ukierunkowania: ku płodności i ku wspólnocie. Oznacza to, że każdy stosunek powinien otwierać się na płodność (co absolutnie nie oznacza, że każdy stosunek musi zakończyć się zapłodnieniem) i na stworzenie jedności cielesno-duchowej z żoną/mężem. Antykoncepcja zamyka pierwsze z tych ukierunkowań, blokuje drugie. Nie dość więc, że zbliżamy się do siebie zabezpieczając się przed ewentualnymi konsekwencjami, to jeszcze łączymy się w dalszym ciągu na odległość, takiego gumowego twora chociażby.
Nie wszyscy muszą się zgadzać z powyższym, nie wszyscy muszą rozumieć, że seks to nie jest naturalna potrzeba człowieka, którą trzeba rozładować, albo że nie służy do przyjemności (to, że nie służy nie znaczy, że przyjemność jest zła. Wręcz przeciwnie). Ja sam długo nie rozumiałem. Myślę jednak, że są wśród nas tacy, którzy rozumieją. A owi „tacy” mają np. partnerów, którzy nie do końca rozumieją. A nawet jak rozumieją – to może właśnie nie koniecznie chcą mieć dziesięcioro dzieci, bo muszą być otwarci na płodność. I ja ich rozumiem – bo sam dziesiątki nie planuję. To teraz Wam powiem: zanim powiecie człowiekowi, z którym planujecie przyszłość (małżeństwo chociażby), że nie akceptujecie antykoncepcji, powinniście mieć przygotowane jakieś „zamiast”. Ja wiem, że to może nie być takie proste. Ale naprawdę chcecie się kłócić w stylu „Bo nie!”?
Naturalne planowanie rodziny, zwane popularnie eNPeeRem, jest genialnym „zamiast”. I nie, nie ma nic wspólnego z tym, co nazywa się kalendarzykiem małżeńskim. Środowiska opłacane przez firmy produkujące tabletki hormonalne czy prezerwatywy uwielbiają stawiać metody kalendarzykowe na pierwszym miejscu kiedy mowa o eNPeeRze. A my, niby mądrzy ludzie, dajemy się cudownie oszukiwać. Bo tu trzeba mieć niezwykle regularne cykle (najlepiej 28-dniowe), nie chorować i w ogóle to rosyjska ruletka. Owszem, to jest rosyjska ruletka. Tylko z NPRem nie ma już dziś za wiele wspólnego.
Nie ma też nic wspólnego ze szklanką wody.
Ani z antykoncepcją. Co mnie zdziwiło niezmiernie, w pewnym artykule na Onecie, który pognębiał cudownie naturalne metody planowania rodziny, zostało podkreślone, że nie są one metodą antykoncepcyjną. Nie robi się tu bowiem nic, by w jakikolwiek sposób zapobiec zajściu w ciążę. Nie robi się nic zupełnie, co mogłoby sprawić, że nie dojdzie do poczęcia mimo współżycia wtedy, kiedy normalnie do poczęcia dojść powinno. NPR jest tak naprawdę tylko poznawaniem swojego ciała. Tzn. przez kobiety. Bo facet musi się tylko nauczyć wstrzemięźliwości. Jak lubi, może pić wodę.
Naturalne planowanie rodziny opiera się na kilku prostych zasadach, które nie my wymyśliliśmy, lecz Pan Bóg (lub Matka Przyroda – zależnie od światopoglądu :P). Przede wszystkim cykl (czyli to, co dzieje się z ciałem od miesiączki do miesiączki) u kobiet składa się z trzech faz: faza względnej niepłodności (licząc z czasem trwania okresu), faza płodna i faza niepłodna. W ciągu całego cyklu w ciążę można zajść tylko przez 1 (słownie jeden) dzień. Ponieważ wyzwolone z jajnika jajeczko, jeśli jest pozostawione samo sobie, może przeżyć tylko jedną dobę. Faza płodna trwa trochę dłużej. Zaczyna się w momencie, gdy pojawi się coś, co nazywamy płodnym śluzem. Śluz ten wydziela „w sobie” ciało kobiety. W tych kwestiach się akurat za bardzo nie orientuję, ale gwarantuję, że każda kobieta, która od czasu do czasu korzysta z toalety, jest w stanie rozpoznać u siebie śluz płodny, jeśli powie się jej, jak on wygląda. Na czym polega ten tzw. płodny śluz? Wiemy, że jajeczko żyje dobę. Plemnik (wiemy, co to plemnik? :P) żyje jeszcze krócej. Zresztą odległość do jajeczka ma tak dużą, że nie jest w stanie go dosięgnąć w odpowiednim czasie. Tutaj wchodzi śluz. Plemnik „żywi się” śluzem – co sprawia, że jest w stanie przeżyć nawet trzy dni, czekając na jajeczko (niektórzy twierdzą, że może przeżyć i tydzień, ale nie wiem, czy można dać im wiarę). Śluz dodatkowo zwiększa możliwości transportowe – i tak oto dzielny wojownik dociera sobie do celu. Tak też okres płodny trwa nieco dłużej, choć do zapłodnienia może dojść zaledwie w ciągu jednej doby.
By dobrze określić okres płodny, sprawdzamy nie tylko śluz, lecz również mierzymy temperaturę. Bardzo obeznany ginekolog konsultujący dla Bravo wypowiedział się niedawno, że należy mierzyć ją w jednym miejscu, np. pod pachą. Większej bzdury nie słyszałem. Temperaturę należy mierzyć tam, gdzie znajduje się śluzówka. Są trzy miejsca do wyboru – ja polecam usta :P. Temperaturę mierzymy zawsze o tej samej godzinie, na przykład o szóstej. Można się obudzić na 8 minut, zmierzyć i pójść spać. Poleca się nie zasypiać podczas mierzenia – ale jesteśmy żywym dowodem na to, że wszystko działa nawet, gdy się zaśnie :).
No dobra, ale o co chodzi z tą temperaturą? Otóż organizm kobiety wydziela kilka różnych hormonków. I jest też taki progesteron, odpowiedzialny za przygotowanie organizmu pod zagnieżdżenie się jajeczka w błonie macicy. I ten oto progesteron jest również odpowiedzialny za wzrost temperatury. Najczęściej co najmniej o 2 kreski w stosunku do temperatury przedprogesteronowej :P. Okej, biologia. Wcale nie musimy tego wiedzieć. Grunt, że jeśli skoczyła temperatura, to prawdopodobnie jajeczko się uwolniło. Mija dzień – ona nie spada, prawdopodobnie jajeczko już nie żyje (chyba, że doszło do zapłodnienia). Na wszelki wypadek mierzymy jeszcze w trzecim dniu. Czwarty już z całą pewnością możemy uznać za niepłodny. I tak aż do samej miesiączki…
Między owulacją a miesiączką jest zazwyczaj 12-16 dni (jeśli czas ten trwa krócej, należy zgłosić się do lekarza z prostej przyczyny – bo jeśli dojdzie do zapłodnienia, organizm wydali zapłodnione jajeczko zanim zorientuje się, że jest w ciąży). W ciągu tych dni temperatura nadal jest wysoka – progesteron działa, by zamontować jajeczko w błonie macicy. I przez te dni można współżyć nie martwiąc się nieplanowaną ciążą (nie piszę „niechcianą”, bo pierwszym, podstawowym założeniem NPR jest to, że każda ciąża jest chciana, nawet, jeśli jest nieplanowana). A w dniu, w którym zmierzysz temperaturę i okaże się, że drastycznie opadła – z dużym prawdopodobieństwem dostaniesz okres.
Jest jeszcze faza względnej niepłodności. Trwa od początku okresu do siedmiu dni przed owulacją. Śluz płodny może pojawić się wcześniej, niż tydzień przed owulacją – ale, jak już wiemy, żaden plemnik nie przeżyje dłużej niż siedem dni. NPR ma również propozycję dla osób, które chcą współżyć nie tylko pod koniec, ale i na początku cyklu. Z tym, że jak możemy się zorientować, określenie pierwszego dnia płodnego nie jest możliwe aż do momentu nastąpienia owulacji. Dlatego nazywamy poprzedzający go etap czasem względnej niepłodności. I dlatego NPR proponuje (zależnie od różnych ekspertów) rozpoczęcie przewidywania czasu niepłodnego poprzedzającego owulację po dokładnej obserwacji kilku wcześniejszych cykli. Wówczas bierzemy najkrótszy z tych cykli i odejmujemy od jego długości „bezpieczną” ilość dni – co daje nam w wyniku kilka dni w okresie względnej niepłodności, w czasie których możemy współżyć nie spodziewając się dziecka. Obliczanie ilości dni przebiega tak, by pozostawić sobie granicę na wypadek, gdyby np. kolejny cykl okazał się być o dzień czy dwa krótszy. Informuję jednak, postępując w ślad za moją nauczycielką, że jest to już metoda dla osób bardziej zaawansowanych, mniej pewna w swej sprawdzalności i w mniejszym stopniu oparta na bieżącej obserwacji (zwłaszcza, że jeśli decydujemy się na współżycie w okresie względnej niepłodności, to z obiektywnych przyczyn nie mamy możliwości obserwacji śluzu – jak zaczniecie, powinniście zrozumieć).
Dla mniej zaawansowanych pozostaje współżycie przez ok. dwa tygodnie w czasie miesięcznego cyklu, chyba, że akurat mają nadzieję na zajście w ciążę. Wydaje się to mało? Z pewnością nie jest to jakiś niezwykły ogrom, zwłaszcza, że przez pozostałe (ponad) dwa tygodnie należy zachować wstrzemięźliwość. Co więcej – kobieta ma akurat największą ochotę na seks wtedy, kiedy jajeczkuje (natura sama dąży do zapewnienia jak największej płodności – jakież to przebiegłe!). Ale jest mnóstwo dobrych stron wynikających z NPRu. Po pierwsze – zdobycie niesamowitej, medycznej wiedzy na temat swojego, tudzież swojej żony, organizmu (której to wiedzy częstokroć nie posiadają nawet ludzie, którzy uważają się za specjalistów ginekologów). Po drugie – dokładne przewidywanie zarówno dnia owulacji (w tym również i wiedza o DOKŁADNEJ dacie poczęcia dziecka), jak i zbliżającego się okresu. Po trzecie – nauka panowania nad swoimi popędami, zaraz po wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej (może Was to zdziwić, ale strasznie się przydaje – na przykład podczas zagrożonej ciąży, w jakiej choćby my się znaleźliśmy); wcale nie trzeba, by mąż spał w osobnym łóżku gdy żona nie może współżyć tylko dlatego, że nie nauczył się spać blisko swojej kobiety bez obawy, że „nie wytrzyma” (patrz NOTKA O MALIŃSKIM). I po czwarte – uczy także dbania nie tylko o siebie i swoją przyjemność, lecz głównie dawania siebie drugiej osobie. Bo to może i racja, że facet musi się trochę bardziej namęczyć, by rozgrzać kobietę, która akurat ma okres niepłodny, ale właśnie dzięki temu zbliża się do niej o wiele bardziej i zwiększa dawkę czułości. Ona zresztą również – bo on, nie odczuwając tej odurzającej dawki feromonów wysyłanych przez nią w czasie jajeczkowania, także nie ma aż takiej ochoty. To czwarte podobno zdarza się zresztą dość rzadko – dwutygodniowa wstrzemięźliwość działa bowiem lepiej niż najlepszy afrodyzjak :). A po piąte – gdybyśmy jednak chcieli mieć dziecko, możemy sobie je cudownie zaplanować znając dokładnie swoje ciało. Nie ma problemów z „powrotem płodności” po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych; nie ma problemu z określeniem optymalnego momentu współżycia, by zajść w ciążę; nie ma problemu z określeniem niemal dokładnej daty przyjścia na świat potomka (nasza medyczna data porodu określona jest na 16 czerwca, ale dzięki wiedzy o tym, kiedy zaszliśmy w ciążę, wiemy, iż data 20 czerwca 2009 roku jest bardziej prawidłowa); ba, istnieje nawet pewna możliwość zaplanowania płci! Wynika to z prostego, biologicznego faktu, że faceci mają więcej siły w krótkim czasie, kobiety są za to zdolne do mniejszych wysiłków przez długaśne okresy (dlatego to my rozładowujemy towar w hurtowniach, a one niańczą dzieci :). Jak to się przekłada na NPR? Otóż plemniki o układzie chromosomów XY (męskie) osiągają cel z dużo większą prędkością, niż plemniki XX (żeńskie). Są jednak dużo mniej żywotne – i jeśli zostaną wpuszczone na trzy dni przed owulacją, raczej nie mają szansy na doczekanie owego celu. Plemniki XX natomiast są dużo wolniejsze i wpuszczone w dniu jajeczkowania raczej nie zdążą dotrzeć do jajeczka przed kolegami XY, ale jeśli wpuści się je odpowiednio wcześniej – mogą przeżyć swoich męskich kumpli i swobodnie przeczekać w śluzie aż nadejdzie wielkie jajo. Oczywiście płci nie da się przewidzieć czy zaplanować z dużym prawdopodobieństwem, zwłaszcza gdy współżyje się przez cały okres płodny (nie wiesz, czy ten wpuszczony świeżo zdąży wyprzedzić tego, który czeka od trzech dni). Ale jest to sposób znany od starożytności, a dziś już znamy jego biologiczne podstawy.
To nie są wszystkie powody, dla których warto zainteresować się NPRem, nawet jeśli nie jest się katolikiem praktykującym. Jednym z tych powodów, dodatkowo, może być to, co zaraz wyjaśnię na własnym przykładzie, a co mnie bawi niezmiernie. Jak wiele osób wie, ciąża trwa 40 tygodni. My, ja i moja żona, jesteśmy w tym momencie na przełomie dziesiątego i jedenastego tygodnia. I owszem, wiele dociekliwych głów może złapać kalkulator (albo kalendarz) – o co podejrzewam również moje dzieciątko rozwijające się chwilowo w cieplutkich wodach, oczywiście gdy będzie nieco starsze – i obliczyć dokładną datę naszego zajścia w ciążę. Jak się okaże – nasza ciąża zaczęła się 9 września. Wszyscy wiemy, że wzięliśmy ślub 13. O nie! Co za bezbożni źli ludzie! Zaszliśmy w ciążę cztery dni przed ślubem!
Nie! Pewnie wiele pań wie (zwłaszcza te, które same kiedyś były w ciąży), że medycznie ciążę liczy się od momentu rozpoczęcia ostatniej miesiączki. Czyli, najczęściej, od około 2 tygodnia PRZED zajściem w ciążę. Wydaje się to na pierwszy rzut oka nielogiczne, ale w gruncie rzeczy gra sobie z logiką w karty i najwyraźniej wygrywa. Oto bowiem mało która kobieta faktycznie wie, kiedy w rzeczywistości zaszła w ciążę. Dlatego medycyna przyjęła, że przy 28 dniowym cyklu ten moment wypada w jakieś dwa tygodnie po rozpoczęciu okresu (czy ktoś mówił coś o kalendarzyku małżeńskim?). Co, de facto, rzadko zgadza się z prawdą. My, na przykład, zaszliśmy w ciążę 18-19 dnia cyklu (wahanie bierze się stąd, że mierzymy temperaturę o 6 rano, kiedy jajeczkowanie i jej skok mogły nastąpić równie dobrze poprzedniego dnia popołudniu), czyli sporo po upływie rzeczonych dwóch tygodni. I stąd bierze się to, że przesuwamy datę porodu o 4 dni dalej w stosunku do tej wyliczonej przez ginekologa.
I owszem, jeśli ktokolwiek spyta mnie, czy w naszym małżeństwie naturalne metody się sprawdzają, powiem mu, że póki co stuprocentowo. Planowaliśmy zajść w ciążę w pierwszym cyklu po ślubie i się udało. Co będzie dalej – czas pokaże. Są tacy, którzy śmieją się z NPRu, bo twórcy jednej z dwóch części składowych metody, polegającej na badaniu śluzu, Billingsowie, mieli 9 dzieci. Ale skąd ta drwina? Skąd w nas wszystkich pewność, że skoro z takim zapewnieniem propagowali tę metodę, to na pewno nie zaplanowali tej gromadki? Ja sądzę, że wszystko poszło dokładnie tak, jak miało pójść…
Teraz już wiemy, co jest dobre „zamiast”. Zamiast antykoncepcji, nerwów, niezadowolenia czy zmian hormonalnych wywołanych tabletkami. By wiedzieć więcej, możecie kupić podręcznik (O TU). No i oczywiście jeden niezbędny przedmiot – nieco tańszy od kartonów prezerwatyw i ton pigułek. Nazywa się termometr.
komentarze [6]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Atlantis
sobota, 11 października 2008 || 00:50:48
Legendy i ludowe podania głoszą, że Atlantyda była sobie wyspą, na której żyli ludzie o niezwykłej inteligencji i nad wyraz rozwiniętej kulturze. Twierdzi się, że to od nich pochodziła cała grecka filozofia. Nie tylko zresztą. Coś jednak sprawiło, że Atlantyda zatonęła. Przez wieki próbowano jej odszukać – są nawet pewne miejsca, w których ponoć może się znajdować. Świadczy o tym chociażby układ kontynentów – i niewielkie szczeliny, które po ich połączeniu pozostają niezagospodarowane. Poszukiwania Atlantydy spełzły jednak na niczym. Jedynie Lara Croft zdołała się do niej dostać, ale sama pewnie nie wie, w jaki sposób…
W 1860 roku pewien egiptolog, Markiz d'Agrain, odnalazł w Egipcie dziwny pierścień. Ponieważ ilustracja nań nie pasowała do kultury egipskiej, zdecydował się przypisać jego pochodzenie Atlantom właśnie. Jego następca, André de Belizal, wybitny radiesteta, wybadał niezwykłą moc pierścienia i znajdującego się na nim symbolu (więcej na http://www.pierscien.atlantow.prv.pl/). Tak oto zdobyliśmy pierścień posiadający niesamowitą moc, dzięki któremu nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo natury duchowej płynące z zewnątrz. Pierścień ma podobno również właściwości lecznicze – ma skupiać twą wewnętrzną energię na chorych miejscach. A niektórzy twierdzą, że dodany do rosołu poprawia jego smak. Żaaart!
Żyjemy na Ziemi. Ziemia to jest okrągła planeta, na której ludzie wierzą w różne rzeczy. Ludzie wierzą na przykład, że przedmioty mają moc. Ale prawda jest taka, że Ziemia nie jest planetą fantasy. To kraina realna, i nie wszystko w co się wierzy jest prawdziwe. I przedmioty nie posiadają mocy. Żadnej mocy.
Czy to oznacza, że zaprzeczam właśnie temu, że w pierścieniu atlantów tkwi moc? Żadną miarą. Tylko to nie przedmioty mają moc. Moc mają osoby. Moc rozumianą niekoniecznie duchowo – ale to przecież również. Ja mam moc pisania bloga na przykład. Ksiądz ma moc, daną od Boga, odpuszczania grzechów. Bóg ma moc stwarzania. Pierścień Atlantów nie ma mocy sam w sobie. Kim jest osoba, której moc działa przez pierścień Atlantów?
Ludzie twierdzą, że moc Atlantów może ich uzdrowić. Przynieść ukojenie. Zabezpieczyć przed złymi sytuacjami. I tak dalej, i tak dalej. A przecież są osoby, które widziały ludzi obnoszących się z pierścieniami Atlantów, a którzy to ludzie po jakimś czasie dostawali pomieszania zmysłów. I ja wcale nie zmyślam. Osobiście nie znam nikogo takiego. Ale Michalina zna. I, wyobraźcie sobie, był to człowiek chodzący z nią na teologię. Ale jednocześnie tak bardzo wierzył w moc pierścienia Atlantów…
O co mi się rozchodzi? To proste. Moc pierścienia Atlantów to moc diabła. Pierścień nie jest osobą – i nie ma mocy. Diabeł jest osobą. I ma moc. Ma między innymi moc oszukiwania, okłamywania nas. Ma moc pozornego udzielania nam pomocy. By potem nas opętać, zniszczyć. A, co zabawne, sami mu na to pozwalamy. Sami tego chcemy.
No i dobrze. No i okej. Co mi do tego? W zasadzie nic. Owszem, dbam o życie i zdrowie ludzi, którzy noszą ten pierścień (czy jakiekolwiek inne talizmany), ale przecież jeśli oni tylko powiedzą mi „idź się pobaw swoimi zabawkami” to nie mam wyjścia – i muszę się zająć sobą. Wiecie tylko co mnie tak naprawdę denerwuje? Ludzie, którzy nosząc pierścień Atlantów, ustawiają się w kolejce do Ołtarza Pańskiego. Ci, którzy wierzą w moc Boga, jedynego Stwórcy. I jednocześnie wierzą w ogromną siłę płynącą z pierścienia Atlantów. Szejk w swoim komentarzu napisał, że jak robi „barmitzwe czy dzień czczenia belzebuba” to ma prawo ustalić swoje warunki. Podał przykład – który ja teraz wykorzystam do innych celów. Czy ktoś z Was wyobraża sobie zrobienie jednocześnie barmitzwe i dnia czczenia belzebuba? Nie, ja się wcale nie śmieję. Czy ktoś wyobraża sobie, podczas wielkiego święta Żydów, organizowanie kącika w którym świętujący mogą się pomodlić do szatana? Więc dlaczego – pytam – dlaczego tak łatwo przychodzi nam wdziewać pełen mocy pierścień Atlantów i jednocześnie gnać na mszę? Dlaczego, będąc chorym, modlimy się o uzdrowienie do Boga, a jednocześnie ustawiamy pierścień na moc? Nie, pierścień z jego mocą nie jest czymś, co dał nam Bóg. Nie, Bóg nie daje nam tajemnych mocy leżących w piramidkach, pentagramach czy cudownych medalikach! Bóg daje nam tylko moc płynącą z Ojcowskiego stworzenia, Synowskiego zmartwychwstania i z Ducha Świętego – który też jest osobą. Nie ma innej mocy. Co poza tym, od złego pochodzi.
Ola powiedziała, że to tak, jakby lekarz przepisał ciężko chorej osobie lek, ale zaznaczył, że absolutnie nie wolno go używać w połączeniu z jednym takim innym, bo może tylko jeszcze bardziej zaszkodzić. Ta osoba wychodzi ze szpitala i spotyka sąsiadkę, która poleca jej ten inny lek – bo ponoć dobrze robi. No to co nam zależy? Łykajmy oba – skoro pomaga…?
Panu Bogu świeczkę i diabłu troszeczkę…
I mówienie mi, że to nie moja sprawa jest nieprzemyślane. Bo to także mój Kościół. Nasz Kościół. I czciciele szatana i innych tajemnych mocy nie są w nim mile widziani. Nigdy nie byli. I nigdy nie będą.
Zastanówcie się, nosiciele pierścienia. Zastanówcie się ci, którzy nie chodzicie do kościoła. Skoro Bóg to dla Was bzdura, a Kościół to obłuda, to dlaczego wierzycie w jakieś tajemne moce pierścieni Atlantów? Przecież, prawdę mówiąc, istnienie Boga jest dużo logiczniejsze niż moc pierścienia. I Wy, którzy do kościoła chodzicie. Dlaczego jednocześnie przyjmujecie Komunię i wierzycie w zbawczą moc Boga, a jednocześnie wzdychacie do pierścienia i jego magicznych właściwości?
I Wy, czciciele cudownych medalików, też się zastanówcie. Bo nie, żaden cudowny medalik, żadne noszenie go na szyi, nikomu nie da zbawienia. Zbawienie da tylko Bóg – którego możemy widzieć w symbolu, tylko w symbolu, medalika. Zbawienie da wiara w Boga. A nie w medalik.
Kończę. Zostawię chyba na koniec mój e-mail. Z prośbą do osoby, która podpisała się jako „ktoś kogo nie zdążyłeś lepiej”. Czy zechcesz do mnie napisać i wyjawić swą prawdziwą tożsamość? Bardzo serdecznie dziękuję.
artdico@poczta.onet.pl
komentarze [3]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Two become One
czwartek, 18 września 2008 || 01:01:57
I już po wszystkim. Jesteśmy małżeństwem. I cóż mogę powiedzieć? Hmm… niewiele się zmieniło. Nosimy obrączki i mówimy do siebie „mężu”, „żono”, ale w zasadzie jakoś nam się zażyłość nie pogłębiła niespodziewanie. Wciąż tak samo się przytulamy, uśmiechamy się do siebie. Tak samo się kłócimy. A jednak przecież, nie mamy co do tego wątpliwości, zdarzył się cud.
Ostatnią noc przed ślubem, a po spowiedzi, spędziłem z Albinem w hotelu. Postanowiłem zobaczyć swą narzeczoną dopiero tuż przed ślubem. Było kilka sytuacji, w których się o siebie niemal ocieraliśmy, ale w końcowym rozrachunku plan się powiódł. Ponieważ Albin wybył do Diany na obiad, ja – zostawszy w hotelu – pełniłem honory gospodarza (obok dwóch innych osób). I z każdą chwilą coraz bardziej się wzruszałem, bo ja mam oczy na mokrym miejscu. Najpierw przybył Szejk z Arabii (pod Ciechanowcem), potem ciocia z Andrychowa. Wreszcie autobus pełen gości ode mnie (i w rzeczy samej – moich gości). W tym całkiem spore stadko Qrczaków, wraz z kilkoma całkiem nowymi sztukami, oraz Maggie B. we własnej osobie. A na sam koniec – Magdalena, Marta i Dagunia (tak, ta sama, co ze Szkocji) – nasze kochane psiapsiółki z WSSM. Potem zresztą musiałem się ubierać. I, ku memu przerażeniu, okazało się, że rano zostawiłem bieliznę w kufrze samochodu, który z kolei zostawiłem koło lokalu, w którym miało odbywać się przyjęcie. Zabiłem więc na alarm, złapałem Albina (który już przyjechał) i pana Limuzynę (który też już przyjechał) i ruszyliśmy pędem pod Starą Szkołę. Bielizna – na całe szczęście – rzeczywiście znajdowała się tam, gdzie ją zostawiłem. W tym czasie mój pokój opanowali już Expugnis z Piętusiem, więc całą ekipą nadzorowali ubieranie się pana młodego, szamotanie z częściami garderoby, oraz ocierali łzy płynące jak z Niagary. Przy wkładaniu krawata okazało się, że Albinowi jakoś nie poszło wiązanie go. Przed ostateczną rozpaczą i skoku z pierwszego piętra hotelu uratował mnie dziadek. I babcia, dzielnie dopingująca. Krawat zawiązany, garnitur ubrany, rodzice gotowi – można jechać. Jeszcze tylko zadzwoniłem do Szejka, żeby wyjechał z zespołem grającym wcześniej, by zdążyli się przygotować.
W domu przepięknie ubranej Panny Młodej (będą zdjęcia to zobaczycie – póki co jeszcze nawet my ich nie mamy) zebrało się już pół rodzinki (m.in. kuzynka, u której będziemy się bawić za miesiąc). Sesja zdjęciowa, Boro dzwoni (że niby już po 18, a Szejk się jeszcze nie stawił), ja dzwonię do Szejka, Szejk mówi, że 10 minut, błogosławieństwo. I pod kościół.
Pod kościołem tłum ludzi, którzy usiłują się z nami zobaczyć, tylko nie ma zespołu oczywiście. Lecimy do księdza ostatnie papierki załatwiać (oczywiście zapomnieliśmy przynieść karteczek ze spowiedzią, w czym zorientowaliśmy się dopiero następnego dnia), bus ze Skarżyszczanami przybywa, a Szejk z dziewczyną i zespołem wciąż nieobecny. Telefon do Szejka. Są na Szkolnej. Pan kamerzysta na to: „To w Grocholicach!” Dla wyjaśnienia – Grocholice to taka część B., która w zasadzie jest jakby miejscowością dołączoną, i z całą pewnością znajduje się na najbardziej odległym krańcu miasta. Okazuje się, że Szejk podał Alinie (taka żeńska odmiana Tomka) namiary na salę weselną, zamiast na kościół. No to go wywiozła. A wracać musiał na czuja. Dochodzi 18:45, a zespołu jak nie było, tak nie ma. W szeregach rozpacz, świadek wysłany do księdza, żeby go trochę zagadać. 18:47, panna młoda zabawia gości pod kościołem, pan młody przed bramą wjazdową wyrywa sobie włosy z głowy. Nagle są. Zielony Rover (nie mylić z rowerem) z piskiem opon hamuje na parkingu, Boro, Zarębianka i Kabaczek wysypują się z tylnego siedzenia i tylko śmigają młodemu przed oczami, z sukienkami (nie licząc Bora) w rękach. 18:50, wchodzimy do kościoła. Kabaczek z Zarębianką starają się dostroić flety, poza tym towarzyszy nam cisza. Dopiero gdy dochodzimy do ołtarza, organista zaczyna grać. Flety nie zagrały do samego końca. Ale i tak było pięknie.
Najpierw napięte oczekiwanie na Adasia i pierwsze czytanie (nie wiem, chyba siedział gdzieś na końcu kościoła). Oczywiście Zarębianka z Kabaczkiem zdążyły zejść z chóru na psalm i drugie czytanie. Na drugie ksiądz podszedł do ambonki, by założyć Kabaczkowi lekcjonarz, ona myśląc, że będzie czytał, siadła nagle w pierwszej ławce :). Ale i to czytanie wyszło świetnie (udało nam się przemycić cały rozdział 13 z 1 listu do Koryntian – ale ksiądz nie wyglądał na zaniepokojonego tym faktem). Potem ewangelia, i kazanie o cudzie właśnie (ksiądz próbował też dialogować z młodymi, ale okazali się być dla niego kiepskimi rozmówcami). „Do tej pory byliście dla siebie obcymi ludźmi. Odtąd będziecie rodziną”. No to jesteśmy.
Przysięga jakoś sama przyszła i sama poszła. I tak oto staliśmy się mężem i żoną. Dostaliśmy brawa na „możecie się pocałować” :). Jeszcze tylko obrączki – i nareszcie mogłem się popłakać. Rozwaliłem się na Baranku Boży (wspaniałe wykonanie – Zarębianka z Borem i Kabaczkiem na dwa głosy), potem pociągnąłem przez Komunię, towarzyszącą jej Łanię, Albina z chusteczkami i rozbawioną małżonkę, aż do błogosławieństwa, po którym nastąpiła Pieczęć – pieśń, którą zespół specjalnie szykował na tę okazję (mało brakło, a wypadłaby z repertuaru). Po wyjściu z kościoła życzenia – i zaskoczyli mnie niektórzy, zarówno spośród obecnych, jak i nieobecnych. A potem, autkiem pana Limuzyny, prosto na salę! Tym razem to Magda, Marta i Daga zgubiły drogę. A potem weszły nie na to przyjęcie, co trzeba. Cóż. I najlepszym się zdarza :).
Co tu dużo mówić – przyjęcie udało się wspaniale. W życiu nie przypuszczałem, że będziemy bawić się tak dobrze. Kieliszek szampana (piccolo rzecz jasna), obiadek, potem walc dedykowany Szejkowi (bo gdyby nie Szejk, nigdy bym go nie usłyszał). A dalej to już pan DJ poprowadził imprezę jak się patrzy. Na parkiecie rządziły Qrczaki, wspierane gorąco przez Maggie i Szejka z partnerami. Z drugiej strony Ola M., Ola CeHa i ich partnerzy, jak również nasi kochani świadkowie, nie pozostawali daleko w tyle. No i jeśli chodzi o moją rodzinę (tudzież znajomych rodziny), nie było pojedynczej osoby, która by choć raz nie zatańczyła. Czego nie mogę powiedzieć o drugiej części sali (wśród nich także pewien człowiek, który na wszelkich imprezach alkoholowych jest duszą towarzystwa, a tu siedział jak struty). Ukłony w stronę męża mojej chrzestnej, który stwierdził, że pierwszy raz bawił się na bezalkoholowym i bawił się naprawdę świetnie.
Nie było oczepin, był za to tort (przepyszny). Było kilka dedykacji (m.in. dla państwa świadków, którzy po północy mieli półrocznicę), tonight tonight tonight, były i prezenty (a pisaliśmy, że nie musicie przywozić… no dobra, to całkiem miłe). Mieliśmy siedzieć do 1, posiedzieliśmy do 2. Pożegnaliśmy się – a większość gości zaczęła ewakuację równo z nami. I rzeczywiście, wbrew wszelkim przypuszczeniom, bawiliśmy się idealnie. Nie tylko my zresztą. I kto mówił, że na takim bezalkoholowym złamas-party nie idzie się dobrze wybawić…?
Teraz czas na podziękowania. Dziękuję serdecznie Adasiowi za pierwsze czytanie, oraz za pełnienie roli prowodyra w zabawie; Asi, za dotrzymywanie mu kroku; Kabaczkowi za drugie czytanie, śpiew i to, że chciała przyjechać, choć pierwotnie nie była zaproszona na przyjęcie; Benzylowi, że dał się zaprosić w ostatniej chwili; Piętusiowi za walczenie głowa w głowę z Adasiem; Makocie za nasz portret (mam na nim muchę, ale nie mogłaś wiedzieć, że będę w krawacie :); Zarębiance za psalm i śpiew, i bycie szefową zespołu; Borowi za gitarkę i za to, że się nie gniewał o bezalkoholowe. Wszystkim wyżej wymienionym za cudowny prezent z dedykacjami i kartką z autografami, nad którą oboje się popłakaliśmy. Dziękuję Szejkowi za wsparcie, transportowanie zespołu i odwiezienie Maggie; Maggie za przybycie (również zaproszenie w ostatniej chwili) i szaleństwo (oraz za obiad we wtorek); Ewie i Mikołajowi za towarzyszenie powyższej dwójce. Dziękuję Oli CeHa, Oli M., Krzakowi i Jeżątkowi, a także Paulinie, za bycie z nami, wspaniałe podarki prosto z serca i moc wzruszeń z powodu naszego szczęścia. Za to samo dziękuję Magdzie, Marcie i Dadze – to przecież właśnie Wy byłyście z nami od początku. Dziękuję także Wioli i Karolowi, oraz wszystkim innym, którzy, mimo niemożności bycia z nami postanowili złożyć nam choć symboliczne życzenia. Jak również tym, którzy mieli możność bycia i przyszli na ślub, choć nie byli zaproszeni na przyjęcie.
Rodzicom (w pierwszej kolejności) za zorganizowanie wszystkiego - w dużej mierze jednak po naszej myśli, choć o dniu następnym pisać już nie będę; również dziękuję.
Dziękuję także całej mojej rodzinie (oraz przyjaciołom rodziny), zarówno tej, która zdołała przybyć, jak i tej, która wysłała tylko życzenia. Dziękuję za życzliwość i wyrozumiałość (mimo wyraźnej gdzieniegdzie niechęci – czemu się wcale nie dziwię). Za Waszą obecność dziękuję. Za to, że próbowaliście przynajmniej dobrze się bawić. Choć mogę domyślać się, że nie wszyscy przyjechaliście po to, by być tam ze mną. A jednak potrafiliście uspokoić się do tego stopnia, by spróbować się uśmiechnąć i przemilczeć pewne niewygodne kwestie…
Na koniec dziękuję świadkom. Dianko, Albinku, to cudowne, że byliście z nami. Że nam towarzyszyliście, pomagaliście, uspokajaliście, że także dzięki Wam przeżyliśmy najpiękniejszy dzień w naszym życiu. Mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia będziemy mogli się Wam odwdzięczyć (nie koniecznie jako świadkowie) i również towarzyszyć Wam w Waszym szczególnym dniu. Życzę Wam kolejnego pięknego półrocza, a potem jeszcze dużo, dużo więcej.
I zapomniałbym. Przecież żonie mojej. Oleńko. Dziękuję Ci. Bez Ciebie nie byłoby tego dnia. Bez Ciebie nie byłoby nas. "I ślubuję Ci", Łobuziaku.
Obiecałem jeszcze Szejkowi, że napiszę jak było w nocy. Było dość chłodno. I mgliście. Coś tam mżyło z całą pewnością. Ciężko było dojechać do hotelu. A w hotelu…? W hotelu zamówiliśmy śniadanie za 30 złotych, potem się ubraliśmy i wyszliśmy. A co było przedtem, to było za zamkniętymi drzwiami. I tego akurat wiedzieć nie musisz (a pewnie źle się domyślasz :).
Na koniec dodam, że jestem niepoprawnie szczęśliwy. Choć jest malutka drzazga. Wcześniej, jak się kłóciliśmy, mogliśmy się postraszyć, że ze sobą zerwiemy. Wtedy się przestraszaliśmy, biegliśmy do siebie, i natychmiast następowała zgoda. Teraz nie możemy odejść. Możemy się tylko nastraszyć, że czeka nas małżeństwo oparte na pytaniach „co chcesz na obiad?”. To potwornie przestraszające. Ale mało motywujące. Dlatego musimy jeszcze dużo nad sobą popracować. Bo inaczej dzieci to z tego nie będzie…
komentarze [4]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Notka w przypływie radości
środa, 10 września 2008 || 10:15:50
Piszę nową notkę, choć nie przypuszczałem, że będę miał jeszcze czas i ochotę by to zrobić przed ślubem. Ale ponieważ nastrój troszkę mi się odmienił, postanowiłem coś jeszcze dopisać.
Przed napisaniem poprzedniej notki miałem już doła – bo działy się rzeczy, których bardzo nie chciałem, a jednocześnie było mi jeszcze bardzo przykro, że nie odczuwam radości z powodu zbliżającego się ślubu. Ponieważ nie mogłem uczynić nic, by naprawić sytuację i by wszystko odbyło się jednak tak, jak sobie wymarzyliśmy (bez alkoholowych poprawin), napisałem notkę na blogu, który służy mi czasami do wykrzyczenia się i odreagowania. To, co się wydarzyło potem sprawiło, że zdołowałem się jeszcze bardziej. Bo niewielki zaledwie odsetek ludzi zrozumiał nasze myślenie, a jednocześnie udało mi się niechcący urazić pół mojej rodziny. Uwierzcie, gdybym przypuszczał, że w jakiś tajemniczy i magiczny sposób moją notkę przeczytają wszyscy członkowie mojej rodziny, którzy posiadają dostęp do internetu, notka wyglądałaby odrobinę inaczej. I może starałbym się omijać kwestie, które mogłyby gości urazić.
Staram się nie mieć żalu do anonimów (tudzież osób podszywających się pod inne osoby), które postanowiły się wypowiedzieć, w niektórych przypadkach również mnie zwyzywać. Domyślam się, że w pewnym sensie sobie zasłużyłem. Prawdopodobnie zasłużyłem sobie również na to, by zostać zignorowanym i by niektórzy nie pojawili się na naszym ślubie. Przepraszam więc wszystkich, którzy poczuli się nie moimi gośćmi po przeczytaniu notki. Prawda jest taka, że nie ma i nie będzie nie moich gości – bo choć niektórzy z Was są zaproszeni dlatego, że mama czy babcia tego chciała, to wszyscy zostaliście zaproszeni przez nas, osobiście, na wypisanych własnoręcznie zaproszeniach. I wszyscy, każdy z osobna, będziecie mile widziani przez nas na naszej uroczystości, jeśli tylko pragniecie przyjechać po to, by z nami świętować i cieszyć się z nami naszym szczęściem.
Przepraszam również tych gości, którzy przyjadą autobusem ze Skarżyska (a może już zrezygnowali?). Mogliście pewien fragment mojej notki zinterpretować jako próbę wygonienia Was po śniadaniu busem do domu. Źle się wyraziłem – co zresztą zdarza się często, a potem bywają z tego tytułu kłopoty. Nigdy nie uważałem, że będę kogokolwiek „wyrzucał” po śniadaniu. Jak już może wiecie, założenie było takie, że obiad kończy się około północy, goście odsypiają wygodnie w hotelu, a następnie, wyspani, mogą wrócić do domu. Nie miało to nic wspólnego z wyganianiem kogokolwiek. Słowo „wyrzucać” wymyślił ktoś inny, by podkreślić zasadność robienia obiadu na drugi dzień. I ja tą zasadność wówczas nawet byłem gotów przyjąć – i byłem gotów pojawić się z żoną na tym obiedzie – dopóki nie dowiedziałem się, że prawda leży z lekka gdzie indziej. Dlatego wybaczcie, jeśli poczuliście się dotknięci tym, że chciałem Was wyrzucać. Prawda jest taka, że nie chciałem – a plan był taki, że przecież wybawimy się wszyscy na obiedzie, a Wy wrócicie bezpiecznie do domu.
Tak więc wszystkich serdecznie, z całego serca przepraszam. Nie napisałem tej notki po to, by się powyzłośliwiać na Was. Napisałem ją, by odreagować wielkie rozczarowanie, które spotkało nas ze strony bliskich nam osób. Dlatego proszę, i nie robię tego ze względu na nikogo innego, jak tylko na nas i na Was, wybaczcie moje grubiaństwo i brak taktu w niektórych wypadkach. Przyjedźcie na ślub (i naprawdę, jak już napisała moja narzeczona, nie musicie przywozić żadnych prezentów) i złóżcie nam szczere życzenia, przyjmując od nas szczere podziękowania. Potem przyjdźcie na przyjęcie i spróbujcie się bawić, mimo braku alkoholu – bo zawsze zdawało mi się, że obecność szczęśliwych państwa młodych może z powodzeniem zastąpić najlepszą wódkę.
Przyjdźcie również na obiad niedzielny, choć nas na nim nie będzie. Mam nadzieję, że mimo braku państwa młodych będziecie się dobrze bawić w towarzystwie naszych rodziców. Mam również nadzieję, że nie odczytujecie nas jako głupców, kiedy dostajecie informację o obiedzie z obecnością alkoholu na kilka tygodni po tym, jak z naszych rąk otrzymujecie zaproszenie na przyjęcie bezalkoholowe. Jak również, że rozumiecie dlaczego nas na tym obiedzie nie będzie (nie licząc tego, że nim się o nim, jako ostatni, dowiedzieliśmy, mieliśmy już plany na niedzielę).
Piszę tę notkę dlatego, że jest mi autentycznie głupio, iż niechcący zraniłem tak wielu ważnych dla mnie ludzi. Piszę ją również dlatego, że z pewnych powodów humor mi się nieco poprawił. Jednym z nich jest to, że coś się ponaprawiało – jeden bardzo ważny aspekt, którego nie będę wymieniał, ale z którym męczyliśmy się ponad dwa tygodnie (i wszystko przez te kolonie…). Kiedy rano obudziłem się, by usłyszeć od narzeczonej, że się naprawiło, jednocześnie doszedł mnie SMS od Szejka, który dodatkowo wprawił mnie w radosny nastrój. Ostatecznie humor doprawił komentarz od Kogoś Kogo Nie Zdążyłem Lepiej (skądinąd ciekawy nick :), który to Ktoś – jako pierwszy z rodziny – zechciał zrozumieć moje rozgoryczenie i zdenerwowanie, a jednocześnie delikatnie i rzeczowo wytknąć mi błędy – dzięki czemu mogłem Was, z pełną żalu świadomością, przeprosić. Dodatkowo dziś dostałem jeszcze maila od przyjaciółki, która odpowiedziała mi równie rzeczowo (choć nie, nie będzie toastów winem ani szampanem, Przyjaciółko, ani jednego. Krucjata to krucjata, a sądzę, że Albin może potwierdzić, iż toasty z pomocą piccolo są równie przyjemne i z całą pewnością tak samo wesołe).
Kończę te wywody, mam nadzieję, że choć odrobinę owocne. Muszę od tej pory pamiętać, że czyta mnie cała rodzina. I że muszę dużo bardziej uważać na słowa. Bloga już nie zamknę. Mam dość – zarówno zakładania nowych i uciekania, jak i chowania ze strachem głowy w piasek. Cieszę się, że znalazłem wielu nowych czytelników. Bardzo serdecznie zapraszam do dalszej lektury.
A na koniec dodam, że cała ta akcja z komentarzami odwróciła moją uwagę od powodu, z jakiego napisałem poprzednią notkę. Już mnie więc ten obiad alkoholowy nie przybija tak mocno :). Nie wiem tylko, czy to dobrze, czy źle :P.
komentarze [2]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Przedślubne perypetie
czwartek, 4 września 2008 || 16:04:26
Notka na 9 dni przed ślubem - tak jak obiecałem, piszę coś jeszcze przed zmianą stanu cywilnego. Myślę, że kolonie byłyby bardzo dobrym tematem. Myślę jednak również, że Ci, którzy czytają mojego bloga, są raczej bardziej zainteresowani przygotowaniami do ślubu. Myślę zresztą, że jest to temat bardzo na czasie i może uda mi się chociaż kogoś zainteresować.
Byłoby superaśno, gdybym mógł napisać, jak bardzo jest bajkowo i kwiatkowo, i cudownie. Niestety, nie mogę. Istnieją ku temu co najmniej cztery powody (a przynajmniej cztery powody przychodzą mi teraz do głowy). Wymienię je wszystkie na raz, żeby się nie rozdrabniać. Rodzice.
Tak, tak, dotychczas rzeczywiście nie zdarzało nam się za bardzo narzekać. To znaczy owszem, trochę narzekania było, ale ogólnie bilans był dodatni. Wiadomo, trzeba iść na kompromis tu czy tam, żeby w czymkolwiek na swoim postawić. Więc zapraszanie osób takich jak kuzyn babci, czy rodzice żony brata musiało przejść. Ale za to chociażby na przyjęciu nie będzie alkoholu. Cudownie. Możemy też zaprosić swoich znajomych księży (jeśli się zmieszczą wśród zaproszonych). Świetnie. No i przynajmniej przyjęcie skończy się wcześniej, a my będziemy mogli spędzić noc w wynajętym pokoju hotelowym. Nie tak szybko!
Zaczęło się od pytania rzuconego przez mamę Oli, czy noc po ślubie będziemy spędzać w domu. Uśmiechnęliśmy się i odpowiedzieliśmy, że nie - zupełnie, jak się okazało, niepotrzebnie podając nazwę hotelu, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Mama spytała ile to kosztuje, to nam zapłaci, my odpowiedzieliśmy, żeby noc poślubną zostawiła nam. Nie minęło wiele czasu, a moi rodzice pojawili się w B. podczas gdy moja siostra była u nas w Warszawie. Gdy po fakcie zjawiliśmy się w Skarżysku, ten, którego imienia nie wolno wymawiać, rzekł że w czasie wizyty w B. i zwiedzania okolicy zajrzeli także w pobliże naszego hotelu, tego w którym będziemy spędzać noc. Wiecie, taka ciekawostka turystyczna. Bardzo wesoły pomysł, rozgrzebać wszystko, co jest do rozgrzebania i jeszcze się troszkę pośmiać...
Ale nie to jest najstraszniejsze. Chociaż boli i to bardzo. Najstraszniejsze, że podczas tej samej wizyty w Skarżysku oglądaliśmy mapkę, którą rodzice wydrukowali panu autobusowi, by bezpiecznie dowiózł gości ode mnie (choć niekoniecznie moich gości). Na tej mapce, co podkreśliła moja m., było też zaznaczone miejsce w którym odbędzie się... obiad na drugi dzień. Bo "nie wypada wyrzucać gości do domu zaraz po śniadaniu w hotelu". A dlaczego nie wypada? Myślałem, że właśnie wypada... Że taki był plan. Że żadnych poprawin nie będzie - bo i mowy o tym nie było. "To nie będą poprawiny, bo nie będzie na nich muzyki". Świetnie. A będą tylko goście ze Skarżyska (wcześniej zaplanowana jest jeszcze wycieczka po B. - ciekawe, czy jednym z punktów programu jest nasz hotel)? "Nie, część ludzi z B. też zadeklarowało się, że chętnie zwiedzi kopalnię". Przyszło nam zrozumieć, że sala jest już zamówiona na obiad - i że wszyscy o tym wiedzą, tylko nie my. Dało się zresztą zauważyć, że to raczej wszystko nie było pomysłem mojej m., bo mówiła o tym dość swobodnie, a w B. dzień wcześniej nikt nam nic nie powiedział. "Jak nie chcecie, nie musicie być na tym obiedzie" - dodała m., a ja powiedziałem, że się zastanowimy.
Wkrótce wróciliśmy do B. ze względu na praktyki przedszkolne. Mama wyłapała moment, kiedy Ola będzie sama (byłem bodajże w łazience) i zagadnęła ni stąd ni zowąd: "Będzie obiad drugiego dnia, dla gości. Na obiedzie będzie alkohol. Przyjdziecie?". Nie - odpowiedziała Ola. Nie przyjdziemy. Ale widzę, że ten brak alkoholu wyraźnie ich swędzi poniżej łopatki. Powiedzieliśmy, że na przyjęciu nie będzie alkoholu, to zrobili sobie poprawiny na drugi dzień. Bez udziału państwa młodych - przecież nie oni są w tym wszystkim najważniejsi. Raz dwa obdzwoniliśmy moich znajomych, którzy chcąc nie chcąc będą musieli uczestniczyć w niedzielnym obiedzie, bo przyjeżdżają autobusem ze Skarżyska. Znajomi zostali poproszeni o nie dotykanie alkoholu, który będzie podany. By uczcić pamięć tych, którzy są może i państwem młodymi, ale w całej tej grze pozorów akurat najmniej się liczą.
Kilka dni wcześniej zostaliśmy zganieni za to, że jesteśmy niezwykle rozrzutni - bo chcieliśmy zamówić sobie dekorację samochodu, jako że pan, który będzie nas wiózł, nie ma tego wliczonego w cenę. Dziś uśmiechamy się do siebie - czym jest bowiem 100 złotych na dekorację auta w porównaniu do zakrapianych (nawet nie wbrew woli państwa młodych, lecz bez ich wiedzy) poprawin na drugi dzień? Poprawin, o których była bardzo wyraźna mowa, że ich nie będzie. To znaczy mowa była, ale z naszej strony. Jak widać rodzice pytając, czy chcemy poprawiny, chcieli być raczej grzeczni, ale nie brali naszych preferencji pod uwagę. No i okej. Jak lubią. Tylko znów pada pytanie: dlaczego tata Oli mówi jej, że zachowuje się jak mały dzidziuś, kiedy w zasadzie sam nie jest lepszy?
Jedyne do czego się nie wtrącają, to oprawa ślubu. Sam sakrament. Nie obchodzi ich kto będzie błogosławił, kto będzie śpiewał (choć tu w pewnym sensie tak - bo obecność jednej z poproszonych osób na przyjęciu jest rodzicom wyraźnie nie w smak), kto będzie czytał czytania. Mama nie chodzi z nami do księdza, do urzędu, nie załatwia papierków. To oczywiście bardzo dobrze. Bo to, co najważniejsze, jest właśnie w naszych rękach, w naszej gestii. My możemy zająć się sami tym, na czym najbardziej nam zależy. Ale świadczy dobitnie o jednym: że dla nich tak naprawdę wcale nie liczy się to, że my bierzemy ślub i zostajemy małżeństwem. Najważniejsze jest to, by goście (z których część wypada zaprosić, bo jakże możnaby nie) świetnie się bawili i byli przywitani z honorami. Ciekaw jestem jak przeszło przez cenzurę nasze zaproszenie. Przecież napisano na nim, że to my pragniemy zaprosić, a nie rodzice. No i jeszcze ten dopisek o przyjęciu bezalkoholowym... Choć tu akurat cenzura zadziałała. Bo pierwotnie miało być "obiad bezalkoholowy".
Rodzice Oli wspominają swój ślub jako jeden wielki koszmar. Dziwi mnie, że nie zastanowili się nad tym, iż dokładnie to samo usiłują zaserwować swoim dzieciom. Ale dość tego narzekania. Prawda jest taka, że za dziewięć dni nastąpi najpiękniejsza chwila w naszym życiu. I nikt, choćby próbował, nie odbierze jej nam. Zamierzam się świetnie bawić i cieszyć z tego, że odtąd zawsze będziemy szli już razem. Bo to, co najważniejsze, i tak nastąpi na początku, kiedy prawie nikt nie będzie jeszcze gotowy na "zabawę". Być może znajdą się i tacy, którzy przyjdą dopiero na przyjęcie? Kto wie, kto wie...
Przecież zwykło się raczej mówić, że "idziemy na wesele", a nie "idziemy na ślub"...
komentarze [20]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Dziś porozmawiamy o ściąganiu
sobota, 9 sierpnia 2008 || 00:46:20
Gdy pewnego dnia ojciec Rafał zaczął tak spotkanie we wspólnocie franciszkańskiej, Piętuś się oburzył rzucając: "Jak to? Co ojciec? Przecież dopiero co ojcu płytę nagrałem!"
Oczywiście wówczas, jak się okazało, chodziło o ściąganie na klasówkach, tudzież wszelkiej maści egzaminach. Ale sam początek rozmowy natchnął mnie do zastanowienia się nad stanem, cóż, chyba mogę już to tak nazwać - złodziejstwa w Polsce (czy może w ogóle na świecie?). Nad tym, jak bardzo ściąganie z internetu się rozpowszechniło - i jak stało się popularne.
Zespół znany i lubiany (przez kogo jak kogo), Feelem zwany, w pewnym wywiadzie wyznał, iż dowiedział się, że nieoficjalnie zdobył potrójną platynę - jedną na rynku, dwie pozostałe trochę boczkiem. Osobiście znam nawet jedną osobę, która mu w tym pomogła :P.
Nie piszę tej notki do szarych ludzi, takich, którzy z Kościołem nie mają wiele wspólnego. Ograniczam dziś swe zainteresowanie do tych, którzy uważają siebie za katolickich ortodoksów. Zaangażowanych. Dlaczego? Bo o ile problem alkoholu czy narkotyków raczej ich nie dotyczy, a jeśli chodzi o kłopoty z seksem - są świadomi, że nie ma w nich nic dobrego, o tyle absolutnie nie widzą w ściąganiu nic złego.
W tym gronie jestem także ja. I moja narzeczona. Choć nie - my już uświadomiliśmy sobie, że tak, jak nie ukradniemy lizaka ze sklepu, ani książki z księgarni, tak samo nie powinniśmy kraść tego, co ktoś napisał, nagrał, sfilmował, w co włożył masę pracy (albo trochę mniej, ale i tak ma do tego prawo) i na czym wolno mu zarobić. Nie żyjemy w komunizmie. Nie jest tak, że dzieło jednego człowieka należy do całego narodu. Jesteśmy tego świadomi. I powoli, powoli, stopniowo zaczynamy z tego wychodzić.
Najnowsza płyta Coldplaya - już w naszych rękach, i to oryginalna. "Do tej pory mam wszystkie" - pochwaliła się kiedyś Ola, gdy ujrzała, że wyszła nowa. "A ile z nich w oryginale?" - Zapytałem. "Żadnej". "Czyli nie masz żadnej". Ciężko będzie kupić wszystkie płyty, które ktoś nam skopiował (do tej grupy zalicza się nawet jeden z moich największych autorytetów - a to było jeszcze w czasach, gdy byłem w Seminarium!), bo to kupa kasy. Ale jest to kasa, która należy się twórcom i ich wydawcom. Tak, jak sprzedawcy należy się ona za banany i chińskie podkoszulki (choć nie wiem, czy należy się ona Chińczykom...). Mamy już płytę Briana, tą samą, którą kiedyś skopiował mi Piętuś. W oryginale.
Zamierzamy wykorzystać to, że padł nam dysk (wraz z moim opowiadaniem, które pisałem przez pół roku). Wykorzystamy to na zakup oryginalnego Windowsa (mam już dość tego napisu "Twój system może być nieoryginalny". który wyskakiwał nam co 2 godziny). Zakup oryginalnego Office'a. Mimo, że teściowa ze zdziwieniem kręci głową: "Jeśli to jest zakup pierwszej potrzeby..." Ja mówię: Nie jest. Jak ktoś nie chce, nie musi korzystać z komputera...
"Złodzieje z Microsoftu"? Hmmm... To napiszcie coś lepszego. Albo korzystajcie z Linuxa. Ja nie lubię się w tym babrać. Zaczniemy wszystko po kolei - mimo, że na Simsy trzeba by wydać ponad 800 złotych. Ale prawda jest też taka, że jak ktoś nie chce płacić, nie musi też grać. Kulki zaś... Cholwecia... Chciałem polecić Zumę. Ale Zumę też mieliśmy nieoryginalną...
Zakończę konkluzją: Jeśli ktoś wydał coś, włożył w to pracę i trud, wysłał to na półki sklepowe, to mamy obowiązek zapłacić za to, jeśli pragniemy z tego skorzystać. I nie mamy prawa brać tego jako swoje tylko dlatego, że da się to ściągnąć przez internet. Czy my chcielibyśmy, by odwdzięczono się nam tym samym?
Dziękuję bardzo. Jadę na kolonie, znęcać się nad dzieciakami (czytaj: być znęcanym się przez dzieciaki). Wrócę za dwa tygodnie. I mam nadzieję, że zdążę jeszcze coś napisać, nim zmienię stan cywilny :).
komentarze [3]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Mieszkać przed ślubem
poniedziałek, 21 lipica 2008 || 14:49:12
Nareszcie udało się nam zainstalować internet... Mieszkamy sobie w naszym ciasnym, trzypokojowym mieszkanku na Chomiczówce, choć słowo „mieszkamy” jest z pewnością dużą przesadą - jako, że co chwila albo pędzimy do Bełchatowa, albo do Skarżyska. Wiecie jak to jest, na dwa miesiące przed ślubem... Dlatego muszę podkreślić, że cudownym jest ze strony naszych rodziców, że kupują nam mieszkanie i możemy spędzić te dwa miesiące przygotowań razem, na wspólnym. Że nie musi być tak, iż Ola mieszka w Bełchatowie, ja w Skarżysku, a jak przychodzi do załatwiania dokumentów i innych ważnych spraw, to albo Ola załatwia wszystko sama, albo ja wsiadam w pociąg o 5, jadę do Łodzi, a z Łodzi do Bełchatowa PKSem, żeby następnego dnia wracać tą samą trasą, tylko na odwrót. Bo oczywiście gdyby nie nasi rodzice, nie mielibyśmy też samochodu.
Mieszkamy więc razem. Nigdy nie byłem przeciwnikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Nie wymyślam tego dla własnego widzimisię - nawet jak byłem w Seminarium i nie zamierzałem kiedykolwiek być z kobietą, nadal twierdziłem, że mieszkanie ze sobą jest dobre. Nigdy nie twierdziłem jednak, że powinno się mieszkać ze sobą przed ślubem po to, by się poznać. Sprawdzić. Dowiedzieć się o sobie jak zachowujemy się w różnych sytuacjach. Jak możecie zauważyć po moim dotychczasowym postępowaniu (zaręczyny po trzech miesiącach, ostatnio nawet po miesiącu - 29 oczekujemy życzeń :), raczej od początku staram się pokochać, a po pokochaniu jestem gotów przyjąć wszystko, poza kłamstwem i niezdecydowaniem. Bo te dwie rzeczy sprawiają, że czuję się niepewnie, tak, jakbym tracił grunt pod nogami. Te dwie rzeczy naruszają moje zaufanie. Zawsze byłem zwolennikiem mieszkania ze sobą jeśli jesteśmy zdecydowani, pewni siebie, pełni zaufania, i jeśli postanowiliśmy pokochać na dobre i złe. Nie jestem więc oficjalnie ani przeciwnikiem, ani zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem. Jestem zwolennikiem mieszkania ze sobą przed ślubem w określonych uwarunkowaniach przyrodniczych.
Nie wiem, czy wspominałem, że w całe to sprawdzanie się często wstawia się pojęcie dopasowania seksualnego. Nie wiem, czy wspominałem, że coś takiego jak dopasowanie seksualne nie istnieje. I nie, my nie sprawdzamy się. I nie dopasowujemy się seksualnie.
Mieszkamy ze sobą. Razem jemy, śpimy w jednym łóżku, całujemy się. Nie współżyjemy. Kiedyś, Ola już o tym pisała nawet, przekroczyliśmy kilka granic, takich, których miałem już nigdy w życiu nie przekroczyć (po mojej historii z Gośką, może ktoś pamięta?). Zrobiliśmy to na mocy własnej decyzji, a nie za sprawą hormonów, feromonów i potęgi podświadomości. Nie dlatego, że krew nie woda, lecz dlatego, że tego chcieliśmy. Później, ze względu na nasze częste nieporozumienia na tym tle, zechcieliśmy również z tego zrezygnować. Postanowiliśmy więc, że kończymy z tym, poszliśmy do spowiedzi i teraz żyjemy w czystości (choć z pewnością nie tak, jak brat z siostrą). Ale nigdy nie współżyliśmy i nie współżyjemy, a większość granic wróciło na swoje miejsca. Tak, mieszkamy razem pod jednym dachem, śpimy obok siebie i wbrew pozorom (i księdzu Malińskiemu) nie mamy problemów z zachowaniem czystości. Tłumaczę to trochę tak, jak ojciec Salij tłumaczy na czym polegają cnoty: np. ktoś, kto kształci w sobie cnotę unikania alkoholu najpierw grzecznie odmawia, choć ma z tym problemy. Później jednak ma wewnętrzną niemożność picia alkoholu - a więc nie wyobraża sobie, że w ogóle mógłby się napić. Tak samo jest z seksem pozamałżeńskim. I z czystością małżeńską, jak sądzę, również.
Chwilowo nie chodzę do spowiedzi. Od dwóch tygodni nie byłem u Komunii - a naprawdę ostatni raz, kiedy w niedzielę opuściłem pełną Eucharystię, był bodajże kiedy miałem 16 lat i prowadziłem wątpliwe życie na wakacjach we Włoszech. A więc 7 lat temu. Jeszcze nie zdarzył mi się problem z otrzymaniem rozgrzeszenia - to Ola poszła do spowiedzi i go nie dostała. Ale uznałem, że jesteśmy tu na tym samym poziomie, i konsekwencje musimy ponosić razem.
I teraz jeszcze raz (choć notki o Malińskim kiedyś już były) pytanie: konsekwencje czego? Co takiego robimy? Okej, mieszkamy ze sobą. Śpimy ze sobą. Całujemy się - świetnie. A teraz wyobraźmy sobie sytuację następującą: jest sobie dziewczyna i jej chłopak, idą razem na imprezę, na tej imprezie się całują (są grzeczni, więc do niczego więcej nie dochodzi), potem ona, zmęczona, usypia w jego ramionach, on usypia obejmując ją, może nawet położą się na łóżku. Rano budzą się, idą razem do kościoła i prawdopodobnie nawet im do głowy nie przyjdzie, że mieliby się z czego spowiadać. Mnie by przynajmniej nie przyszło.
Jaka jest różnica między nami, a tamtymi ludźmi? Jemy razem posiłki? Spoko, a co jeśli oni przed kościołem zjedli śniadanie? Nie mogę powiedzieć - pewne różnice z wielkim prawdopodobieństwem są. Jeśli to coś złego - ksiądz u spowiedzi może powiedzieć: nie róbcie tego to a tego. I okej. Mógłby powiedzieć: nie śpijcie w jednym łóżku. Powiedzielibyśmy: postaramy się (choć Ola na przykład w czasie burzy boi się spać sama). Powiedziałby: żyjcie do ślubu jak brat z siostrą. Odrzeklibyśmy: da się zrobić. Choć zwykli nastolatkowie nie mają problemu moralnego podczas całowania się z własnym chłopakiem/dziewczyną, my moglibyśmy tego zaniechać. Ale nie o to chodzi. Ola powiedziała: Nie współżyjemy. Ksiądz odpowiedział: Siejecie zgorszenie. Wobec kogo? Kto się gorszy? Ludzie, którzy widzą, że mieszkamy razem. I wyobrażają sobie. To, co sobie wyobrażają, jak sądzę, to już ich sprawa. Spotkałem się przecież z wyobrażeniami ludzi, że skoro nie współżyję z Olą, to znaczy, że jestem impotentem. Wyobraźnia każdego człowieka działa w różny sposób i ktoś, kto ma ochotę, ma prawo powiedzieć sobie, że osoby które ze sobą nie mieszkają, również ze sobą współżyją. A jaka jest prawda - to wiedzą zawsze tylko zainteresowani. Chyba, że pojawią się dowody.
Ksiądz Galej na kursie powiedział nam o jakimś dokumencie kościelnym, jakiejś instrukcji, w której napisano do spowiedników, żeby nie udzielali rozgrzeszenia mieszkającym ze sobą przed ślubem. Nigdy nie udało nam się dotrzeć do tej instrukcji, choć szukaliśmy, bo byliśmy ciekawi. Malińskiego chyba nie zrozumieliśmy, ale sami zauważyliśmy, że seks jest pewną naturalną konsekwencją bycia w stałym związku. Dzięki temu musieliśmy trochę mocniej nad sobą popracować - i wypracowaliśmy to, że nadal żyjemy w czystości. Nie mamy pojęcia jaka jest tak naprawdę oficjalna wizja Kościoła - i dlaczego. Wiemy, że jedni księża myślą tak, a drudzy inaczej. Trafiliśmy na takiego, który twierdził, że rozgrzeszenia dać nie może. Podjęliśmy więc kolejną decyzję - będziemy przez ostatnie dwa miesiące żyć bez spotkania z Panem Bogiem w Eucharystii, bo potrzebujemy siebie nawzajem, by przygotować się do ślubu. Tylko to naprawdę bardzo zabawne, że po to, by móc dobrze przygotować się do ślubu, musimy oddalić się od Boga. Czy nie powinno być inaczej?
Na koniec zapytam jeszcze, mam nadzieję, że się nie obrazicie, z czystej ciekawości, państwa Sz.: Powiedzcie mi, czy Wy też, po zamieszkaniu ze sobą, mieliście problemy z uzyskaniem rozgrzeszenia? Czy udało się Wam jakoś z tym poradzić?
A, jeszcze, chciałem dodać, że blog ma już trzy lata. No, wiecie, razem z dwoma poprzednimi :). Ale noty rocznicowej nie będzie. Jest tylko notyfikacja :).
komentarze [2]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
W pierwszą rocznicę, vol. 2
czwartek, 26 czerwca 2008 || 00:18:46
W zasadzie można by liczyć już nieco wcześniej - i właśnie dlatego już od jakiegoś czasu każdy dzień zaczynamy od słów: „Dziś ten a ten. Co było tego a tego?” Ola ma świetną pamięć do dat i dokładnie pamięta co zdarzyło się każdego konkretnego dnia, na jakieś 2 tygodnie przed dwudziestym szóstym. Ale liczymy od 26 czerwca 2007 roku. Dziś nasza pierwsza rocznica.
Ola liczy od tamtego pamiętnego wydarzenia w szkole. Ja do niedawna liczyłem ze dwie godziny krócej. Ale chyba Ola ma rację - to musiało się zacząć wtedy.
Nasz rok zdawał ekonomię (makroekonomię bodaj). My już wiedzieliśmy, że przerzucamy się do Warszawy i dlatego nie weszliśmy z nimi do sali, lecz usiedliśmy sobie na korytarzu. Ponieważ kręciło się wokół nas parę innych osób, a ja chciałem porozmawiać na osobności, poprosiłem Olę byśmy się przesiedli. I w chwilę potem dołączył do nas Piotrek. Mój dobry kolega zresztą. Z Olą chodził na angielski. Przydreptał, stanął koło Oli, oparł się dłonią o ścianę, głową o dłoń, i zaczął coś mamrotać pod nosem. Byłem pewien, że chce czegoś ode mnie, więc głośno zapytałem: „co?” Spojrzał na mnie jakby chciał mnie zjeść i odparł: „nic”. Potem znów zaczął patrzeć na Olę, a ja poczułem się tak, jakbym w ogóle tam nie siedział. I nagle z jego ust wydobyły się słowa, które raziły mnie jak piorun: „Zastanawiałem się, czy nie dałabyś się zaprosić na spacer na przykład”. Ola zaczęła się śmiać, nie przypuszczała bowiem, że mogłaby być obiektem zainteresowania Piotrka. A ja siedziałem sparaliżowany, myśląc tylko „ej, co za koleś, czy on mnie naprawdę nie widzi?” Piotrek zaczął przepraszać i mówić, że on wie, że to już późno, ale może jednak. Na co ja nie wytrzymałem i postanowiłem zaakcentować swoją obecność w tamtym miejscu: „Przepraszam, ale ona jest zajęta”. Piotrek odszedł zszokowany, a ja krzyczałem za nim, że przepraszam. Ola była niemniej zszokowana. Właśnie dowiedziała się, że jest zajęta...
Dwie godziny później, odprowadziwszy ją do domu, zagadnąłem na odchodne: „Muszę to powiedzieć teraz, bo później mogę nie mieć odwagi. Kocham Cię i chcę spędzić z Tobą życie”. Ola rzuciła się na mnie i to był pierwszy raz, kiedy się pocałowaliśmy (przepraszam, przepraszam, czy ta notka nie zaczyna się robić niecenzuralna? :P). „Nie możesz mi tak mówić” - usłyszałem. - „Powiesz mi to za trzy lata, jak już będziesz wiedział o mnie wszystko to, co najgorsze”. Odparłem bez wahania: „Wtedy też Ci to powiem”.
Na początku Ola nie wierzyła. Myślała, że nie wiem, co mówię; chwilę później się to pogłębiło, dzięki życzliwości pewnych znanych nam osób. No bo to w zasadzie logiczne, co te osoby mówiły. Bardziej logiczne niż mówienie komuś, że się go kocha na tydzień po zawarciu znajomości. No i potem miałem Olśnienie.
Mija rok. Rok to nie trzy lata w prawdzie i nie mogę być do końca pewien, że „wtedy też Ci to powiem”. Tak jak nie mogę być do końca pewien, że wtedy będziemy już małżeństwem przez prawie dwa lata. Ale jak dobrze pójdzie, jak Pan Bóg pozwoli, tak właśnie będzie. Tego, co najgorsze, dowiedziałem się w przeciągu miesiąca (choć muszę przyznać, że są takie tajemnice, które zostały odkryte przede mną dopiero po ponad pół roku). Nie jest tak, że przez to zwątpiłem. Wręcz przeciwnie. Ale z drugiej strony nie jest też tak, że właśnie przez to moja miłość stała się lepsza, że właśnie przez to postanowiłem się bardziej zaangażować. Każdy ma jakąś przeszłość. A jeśli ta przeszłość prowadzi go ku Bogu, a nie w przeciwną stronę, to bez wątpienia jest to dobra przeszłość. I nie kocham Oli, bo jej pomagam. Pomagamy sobie nawzajem. Bo się kochamy.
Ile się wydarzyło przez ten rok... Ale nigdy nie przypuszczałbym, że rok może upłynąć tak szybko. Najpierw kilka wypadów do Warszawy, która perspektywicznie miała zostać naszym domem. Potem był wyjazd do Szkocji, planowany od dawna, a realizowany w ostatniej chwili. Ledwo udało mi się namówić Olę, żeby jechała. Potem dowiedziałem się, że być może gdybym pojechał sam, po powrocie nie byłoby już związku, który można było odbudować. Nieważne. Pojechaliśmy oboje - a nasze losy śledził cały świat (albo chociaż maleńka jego część) za pośrednictwem naszych blogów. Tak, z pewnością wydawaliśmy się wówczas zupełnie niedojrzali. Ola powiedziała, że mnie kocha 20 lipca. Na moście st. Jamesa w Paisley. Tuż przed północą. Następnego dnia Harry Potter wchodził do księgarń. To go kupiliśmy...
9 dni później byliśmy już zaręczeni. Pisałem zresztą o tym, jak ktoś chce się dowiedzieć, to niech sobie poszuka w Indeksie. I pewnie każdy, kto się dowiedział lub zorientował, mógł stwierdzić, że to straszna głupota. W ogóle się nie znaliśmy. Często się kłóciliśmy. I jeszcze twierdziliśmy, że się kochamy. A przecież nie można powiedzieć, że się kocha tak na samym początku. To poważna decyzja, którą trzeba bardzo długo przemyśliwać. Aż wreszcie, jak się ją przemyśli, to trzeba ją jeszcze podjąć. Tak, jak decyzję o małżeństwie. To nie jest takie hop-siup. Czasem tylko może się zdarzyć, że są pewne bardzo ważne motywy, by podejmowanie decyzji trochę przyspieszyć.
My nie mieliśmy ważnych motywów. Pokochaliśmy się, bo chcieliśmy być dla siebie nawzajem, dawać i przyjmować. Zaręczyliśmy się, bo się kochaliśmy. Dla mnie jest to kompletnie naturalna kolejność. „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam przydane”. To nie moje słowa. I to nie ja jestem Władzą.
Ślub planowaliśmy na czerwiec 2009 i dziękuję Bogu, że doktorek od zębów powiedział, że aparat się zdejmie rok wcześniej. Bo ja naprawdę nie wiem, jak moglibyśmy czekać dłużej. W ogóle nie chciałbym, żebyśmy musieli czekać tyle, ile czekać musimy. Nie mogę się już doczekać kiedy będziemy mogli powiedzieć do siebie „mężu”, „żono”. Kiedy ksiądz powie: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Jeszcze tylko 79 dni. Raz i dwa...
Po Szkocji znaleźliśmy mieszkanie. My, Ola i Olek. W zasadzie chodziło głównie o Olę i Olę, ja byłem tam takim dodatkiem. Ale w ciągu tego roku priorytety gwałtownie się poprzestawiały. Niestety, musiało dojść na tym tle do nieporozumień. Nam samym czasem sprawiało kłopoty to, że zupełnie naturalne jest, iż mąż/żona, tudzież narzeczony/narzeczona jest pierwszy/pierwsza po Bogu i żaden rodzic, przyjaciel, ani nawet własne dziecko, nie może być ważniejszy.
Nie wyrobiłem na dwóch kierunkach i nie żałuję, że zrezygnowałem z polonistyki. Za to na teologii czuję się cudownie. A jestem tu tylko dzięki temu, że poznałem Olę. Tak, owszem, mogę już dziś spokojnie powiedzieć - jestem na trzecim roku. Pierwszy raz w życiu. Teologia przynosi mi radość. A co ja będę po niej robił? Nie wiem. Pójdę rowy kopać? Hmmm... „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego...”
Po roku różnica jest niesamowita. W zeszłe wakacje musiałem pytać o zgodę na to, by jechać na jeden dzień do Oli. Dziś zaczynają się pierwsze wakacje, które spędzimy we własnym mieszkaniu na Chomiczówce, wyposażeni we własny samochód, a do Skarżyska czy Bełchatowa będziemy jeździć tylko w odwiedziny. W zeszłe wakacje Albin był z Olgą jeszcze, a dziś Diana ma pierwszego faceta w swoim życiu. I ja sam zastanawiam się, kiedy to się stało. Przecież rok to nie jest wcale duży okres czasu. A jednak w dużym stopniu się usamodzielniłem. Zakładam własną rodzinę. Buduję własny dom. I może już niedługo, zupełnie niedługo, spłodzę syna. Albo córkę? Ale z tym jeszcze poczekam. Ze trzy miesiące poczekam.
Jeden rok, tylko taki dłuższy, bo akurat przestępny. A więc 366 a nie 365 dni. Wiele wspólnych niedziel, wspólnych spowiedzi, wspólnej modlitwy, długich nocnych rozmów, burzliwych kłótni, pocałunków. Wiele zbieżności i rozbieżności, wiele wspólnych ziszczonych i dopiero stojących w kolejce planów. Jeden rok, to niby nic, a jednak tak wiele.
I, tak jak przypuszczałem, ten spędzony w Seminarium schodzi na drugie miejsce. Bo oto właśnie mija najpiękniejszy rok mojego życia. I jeśli dobrze pójdzie, za jakieś dziesięć lat ów pamiętny rok seminaryjny spadnie poza pierwszą dziesiątkę. Wszystko dzięki Oli.
Dziękuję Ci, Księżniczko. Bardzo, bardzo Cię kocham. Najbardziej na świecie.
komentarze [5]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Bez pardonu o aborcji
piątek, 30 maja 2008 || 00:57:29
O czym by tu napisać... Miesiąc się kończy, ostatnia notka z początku maja, wypadałoby poruszyć jakiś ciekawy temat. Od dawna zamierzam się na dogmatykę, ale dziś chyba nie mam nastroju. We wtorek miałem egzamin z ksiąg historycznych, ale nie czuję, bym mógł dziś coś z tego napisać. Może coś kontrowersyjnego... Co tam ostatnio było na wokandzie? Pewnie znowu przyjdzie mi pisać o aborcji...
No właśnie. Na PARDONIE ostatnio jakoś się trochę mało pardonowo zrobiło. Kwestia Wielkiej Brytanii. Jak wszyscy wiemy, nastolatki na Wyspach otrzymują najlepsze wychowanie seksualne ze wszystkich Europejczyków, do tego mają to szczęście, że już jako dziesięciolatkowie otrzymują oficjalne porady seksualne, a nawet darmową (z rządu dotowaną bodaj) antykoncepcję mechaniczną. Tak oto na jednym z najzagorzalszych antykatolskich portali nie można było do niedawna złego słowa o Wyspach usłyszeć. Nie dość, że antykoncepcja, wychowanie seksualne, to jeszcze aborcja dostępna legalnie na życzenie, aż do 24 tygodnia ciąży. Nie to co w katolandzie.
Rodzi się dziecko. W 21 tygodniu. Jest malutkie, słabiutkie, ma przeźroczystą skórę, niewykształcone wszystkie organy. I na złość chyba całemu światu (tylko nie własnej matce) płacze. Muszę dodać, że głównym argumentem za aborcją do 24 tygodnia jest niby niezaprzeczalny fakt, że takie coś nie jest w stanie przeżyć samotnie. Dlatego też jeszcze nie jest człowiekiem. To jak nie jest to człowiekiem, to u kiego licha płacze?
Kilka dni wcześniej Pani Marta Wawrzyn napisała artykuł mówiący, że już kilka tysięcy kobiet w Brytanii przyznaje się do co najmniej czterech aborcji. Na Wyspach trwa debata o zaostrzeniu przepisów aborcyjnych - ale odrzucono wszystkie wnioski, od tego, który proponował zmniejszenie do 12 tygodnia, po ten, który miał ograniczać kobiety po 20 tygodniu. Brytyjczycy idą w zaparte. Za to dziwnym trafem Pani Paulina Witek (więc już są dwie) odżegnuje się od słów Brytyjczyków. Twierdzi, że „usuwane dziecka któremu nowoczesna medycyna daje szanse na przeżycie staje się niczym innym, tylko zwykłym morderstwem.”
Zaczynam się uśmiechać pod nosem. Coś wyraźnie drgnęło, nawet na tak zatwardziałym portalu jak Pardon, wśród tak skostniałych ludzi. Ale uśmiecham się też nad nie do końca konsekwentnym myśleniem. Otóż: nowoczesna czy nienowoczesna, a nawet brak medycyny, daje szanse na przeżycie każdemu dziecku, które się poczęło. Nie istnieje taki człowiek, któremu medycyna musi dawać szanse - chyba, że jest on śmiertelnie chory. Jedyną istotą, która daje czy nie daje szans na przeżycie jest matka dziecka - czyli ta kobieta, która wraz ze swoim mężem/kochankiem zachodzi w ciążę. Nowoczesna medycyna daje takiej właśnie matce szanse na zabicie swojego dziecka, w 10, 16, 18 czy 24 tygodniu jego życia. A dziecko, które ma 21 tygodni nie musi prosić nowoczesnej medycyny o pozwolenie na życie. Tak, jak i dziecko, które ma 9 miesięcy. Takie czy takie, musi prosić o pozwolenie na życie swoją matkę. Bo ani 21-tygodniowe, ani 9-miesięczne dziecko nie jest w rzeczywistości w stanie samo przeżyć. Zakład? To zostawcie noworodka samego w lesie chociażby.
Nie no, żartowałem. Nie zostawiajcie! Tylko zastanówcie się, czy aby na pewno morderstwem można nazwać tylko „odskrobywanie” nienarodzonych, którzy potrafią już sami płaknąć? Bo ja myślę, że to niewielu rozpatruje w ramach zabójstwa. Większość rozpatruje to w ramach wygody matki, czyli kobiety, która już jest gotowa na zabawianie się własnym ciałem, ale jeszcze nie jest gotowa na ponoszenie konsekwencji tej zabawy. I dzięki temu mnóstwo ludzi traktuje takie płaczące dziecko jak poroniony płód. W medycznej nomenklaturze używa się wręcz do któregoś konkretnego tygodnia pojęcia „poronienie”, w odróżnieniu od „poród”. Co oznacza, jak na załączonym obrazku widać, że poroniony płód może przeżyć.
Kwestią nie jest ustalanie granic (12 czy 24 tygodnie?) między morderstwem a skrobanką. Kwestią jest dorośnięcie - i podjęcie odpowiedzialności za własne czyny. Jeśli już decydujemy się na seks, zdecydujmy się też na jego konsekwencje. Jak się uchlejemy - będziemy zwracać. Jak zajdziemy z kimś na imprezie - będziemy mieć bobo. I konsekwencje takiego zajścia ponosi się do końca życia. Czy się odskrobie, czy nie.
Bo jeśli patrzymy na aborcję jak na morderstwo - to nie wahajmy się przyznać, że dotyczy ona płodu w każdym wieku. Wszak gdy dziecku zaczyna bić serce - matka dopiero zaczyna się niepokoić, że chyba jej się okres spóźnia. Test jest pozytywny podobno jakieś 2 tygodnie później. Nie istnieje nic, co dałoby się nazwać wyraźnym początkiem człowieka.
Tylko kobietom, które nie chcą mieć dzieci, nie przychodzi do głowy słowo „morderstwo”. Przychodzi im do głowy własna wygoda, własna stracona przyszłość, własna przyjemność seksualna. Nie dziwmy się, że te, które przeprowadziły aborcję raz, zrobią to i drugi. Aborcji nie przeprowadza się nigdy z myślą o dziecku - więc czemu druga, trzecia, piąta miałaby być straszniejsza od pierwszej? I uwierzcie mi, gdyby na Sri Lance zalegalizowano aborcję do 30 tygodnia życia płodu, po cenach przystępnych, cieszyłaby się ona powodzeniem nie mniejszym, niż Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii. I Irlandii. Północnej.
komentarze [8]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Niezły kanciarz z tego Kanta
poniedziałek, 12 maja 2008 || 00:45:16
„Błogosławieni” - tak zaczyna Jezus swoje Kazanie na Górze. Błogosławieni, to znaczy szczęśliwi. Cała Ewangelia, cały Nowy Testament, opiera się na zapowiedzi szczęścia. Na zapowiedzi Królestwa Bożego, zmartwychwstania ciał, wiecznej radości, oglądania Boga twarzą w twarz. Autorzy wspominają oczywiście również o tym, co może czekać grzeszników, wymieniają, kto nie osiągnie zbawienia, ale nie opierają swego nauczania na straszeniu ludzi piekłem. Ewangelia to Dobra Nowina. To obietnica wiecznego szczęścia.
Wczoraj na kazaniu ksiądz podkreślił, że pobożny chrześcijanin przez 40 dni pości, przybiera smutny wyraz twarzy, umartwia się, śpiewa gorzkie żale, chodzi na Drogę Krzyżową. A Wielkanoc dla niego trwa jeden, czasem dwa dni. I potem koniec. Prawda jest taka, że wielu i w czasie Wielkanocnym, który trwa 7 tygodni, jest w stanie wykorzystać piątek dla odprawienia Drogi Krzyżowej. A proboszcz od franciszkanów mówi na Rezurekcji o tym, jak wielkiej dostępujemy radości tak, jakby zaraz miał się popłakać ze smutku. Dlaczego zapomnieliśmy, że chrześcijaństwo jest religią radości, religią miłości, religią zmartwychwstania? Dlaczego tak wielką wagę przykładamy do czczenia krzyża, męki, śmierci Pana Jezusa? Dlaczego pozwalamy innym kpić z naszego Boga, który to ich zdaniem jest bezwzględny, bo skazał swego Syna na śmierć, Syn ten zaś, ze wszelką mocą jaką posiadał, zwyczajnie popełnił samobójstwo? Dlaczego nie potrafimy przeczytać Ewangelii od końca i powiedzieć kpiącym, że przecież Jezus zmartwychwstał?
Odpowiedź może tkwić w etyce wprowadzonej w życie przez Kanta. Immanuel Kant żył i tworzył w XVIII wieku i nikt chyba przed nim nie wpadł na tak rewelacyjny pomysł. A jaki pomysł miał Kant? Otóż etyka tego pana miała początek w dobrej woli. I to było bardzo mądre - wolna wola jest bowiem tym, dzięki czemu decydujemy ku dobru, a nie ku złu. Ale zapytany kiedy wola jest dobra, Kant odpowiada, że właśnie wtedy, gdy działamy pod wpływem obowiązku, a nie skłonności.
Co to oznacza dla jego uczniów i dalszych pokoleń? To, że robimy dobrze kiedy czynimy coś, co musimy zrobić. Jeśli nie robimy tego, co zrobić musimy, wówczas postępujemy źle. Postępowanie nie dlatego, że chcemy, lecz dlatego, że musimy, jest dobre zdaniem Kanta. By być dobrym człowiekiem, dobrym chrześcijaninem, dobrym ojcem, matką, musisz zrobić to, to, to, to i to. Jeśli tego nie zrobisz, nie masz co liczyć na to, że cokolwiek ci się uda. To jest metoda kary. A nie metoda nagrody. Metoda kija, a nie metoda marchewki.
Jaka jest więc różnica? Czy powiedzenie dziecku, że jak posprząta pokój to obejrzy bajkę, jest czymś innym, niż powiedzenie mu, że jak nie posprząta pokoju, nie obejrzy bajki? Teoretycznie znaczy to samo. Ale postawcie siebie na miejscu tego dziecka.
Niniejsze zagadnienie kojarzy mi się z „pojedynkiem” wspólnot chrześcijańskich - i użyję tu przykładu dwóch pokrewnych wspólnot: Oazy Rodzin i Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Jak wielu z nas wie, Oaza to wspólnota radości. Wspólnota obietnic i nagród. Na rekolekcjach RRN byłem zaś sam i choć towarzystwo było całkiem sympatyczne, ogólny klimat nie przypadł mi do gustu. Ruchy takie, jak Oaza opierają swe myślenie na hasłach takich, jak „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Bóg jest ze mną, kocha mnie, dlatego jestem kimś, jestem ważny, obdarzył mnie łaską, więc mam talenty. Potrafię kochać, bo Bóg pozwala mi kochać. Żyję, bo Bóg daje mi życie. RRN działa zaś zupełnie na odwrót. Jestem niczym. Prochem, nic nie znaczę, zatapiam się we własnym grzechu, w złu tego świata i samego siebie. Nic nie potrafię, do niczego nie jestem zdolny. Gdyby nie to, że jest Bóg, nie byłoby dla mnie żadnej nadziei. To samo? Teoretycznie to samo. Tylko dlaczego pierwsze spojrzenie budzi w nas radość, a drugie przygnębia i przytłacza?
Nie potępiam ludzi, którzy widzą swoje słabości. Sam je widzę - trzeba je widzieć, by z nimi walczyć. Ale patrzenie na nie jak na wielkie, ciężkie głazy, jak na dystans nie do przebycia, jak na przeszkodę nie do pokonania nie ma większego sensu. Sens jest tylko w tym, że widzimy siebie w świetle Dobrej Nowiny. Że widzimy Boga, który ciągnie nas do przodu, nawet, gdy sami nie dajemy już rady. Wtedy nagle pokonywanie problemów i słabości przychodzi z łatwością. Bo widzimy cel przed sobą. Widzimy, że jest nadzieja. Że będziemy szczęśliwi. Nie mamy obowiązków, które nas przytłaczają. Mamy wiarę, nadzieję i miłość, które pomagają nam pokonać trudności. Błogosławieni! Wróćmy w naszej mentalności do etyki Ewangelii. Zmniejszmy znaczenie etyki krzyża, a skupmy się na etyce zmartwychwstania. Stańmy się pierwszymi chrześcijanami, którzy szli na śmierć z radością i imieniem Zmartwychwstałego na ustach. I nie uczmy dzieci, że jak będą złe, to je Bóg ukarze. Mówmy im, że ich zbawi, jak będą dobre. To samo? A jednak nie do końca.
I kto by pomyślał, że jeden gość mógł nas wpuścić w taki Kant...
komentarze [5]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Krucjata Wyzwolenia Człowieka
poniedziałek, 21 kwietnia 2008 || 21:34:27
Przy okazji pobytu w Bełchatowie udało się odnaleźć zapomnianą niegdyś przez Olę deklarację KWC, przywiezioną bodajże z Trójki, i spełnić jedno z moich marzeń. Wprawdzie dawno, dawno temu Maggie, po tym jak sama podpisała na rok, polecała mi, bym się zastanowił, a przynajmniej przeczytał jakąś pozycję traktującą na ten temat, czego ostatecznie nie zrobiłem, ale uparłem się, że podpiszę – to podpisałem.
Marzyłem o tym odkąd byłem z Gosią. Wówczas przyszło mi do głowy, byśmy podpisali oboje. Przestałem pić alkohol we wrześniu 2002, kiedy to ostatni raz napiłem się z kuplami by odstresować się po naszym pierwszym zerwaniu. Tydzień później wróciliśmy do siebie – i wtedy postanowiłem, że możnaby podpisać. Już kiedyś napisałem notkę o tym, dlaczego nie piję alkoholu. Myślę, że jeśli chcecie się dowiedzieć – poszukajcie w indeksie na poprzednim blogu. Notka nazywa się „Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze”. Tak mi się kojarzy.
Kiedy Gosia zaczęła się powoli ze wszystkiego wycofywać, wycofała się i z tego. Stwierdziła, że owszem – możemy nie pić, ale nie czuje się na siłach by tak poważnie się deklarować. Na całe życie. A potem poszedłem do Seminarium.
Abstynencja z powodów pierwotnych (trzeźwość w rodzinie, czyli chociażby to, by moje dzieci nigdy nie chowały się przed tatusiem po kątach, bo wrócił do domu podchmielony) została poszerzona o kolejne powody – czyli choćby o to, że chciałem być takim księdzem, który zawsze panuje nad tym, co robi, co mówi, itp. A oprócz tego klerycy byli zobowiązani do całkowitej abstynencji na czas trwania formacji. I papierosów też nam nie wolno było palić.
Z M. było inaczej. Ona nie piła z powodu tej przysięgi, którą czasami składa się podczas Pierwszej Komunii. Czyli do ukończenia osiemnastego roku życia. Będąc z nią marzyłem już o weselu bezalkoholowym. Ale ona nie wyobrażała sobie czegoś takiego. Chodziło o gości – co oni pomyślą, jak się będą czuć, jak się będą bawić. Kiedyś pożyczyłem jej artykuł z jakiejś gazety, dotyczący wesel bezalkoholowych. Ale nie wiem, czy to cokolwiek zmieniło.
Kiedy nie wyszło z M., przyznam szczerze, pragnąłem związać się z kimś, kto nie pije. Nie dlatego, że nie skończył 18 lat, ale dlatego, że zupełnie szczerze i w wolny sposób o tym postanowił. Trafiłem na Olę. Trafiłem na ideał. Ola miała podpisaną Krucjatę. Dożywotnio. Opowiedziała mi jak do tego doszło, że to w zasadzie pod wpływem emocji – ale dla mnie takie decyzje, jeśli jest się w stanie w nich wytrwać, są właśnie najbardziej szczere. Najpiękniejsze. Byłem więc z dziewczyną, która miała podpisaną Krucjatę. A to oznaczało jedno – że nie potrzebuję tak naprawdę żadnego innego argumentu, by nasze wesele było bezalkoholowe.
Może wyjaśnię, tak pokrótce, do czego służy taka Krucjata. Nie jest to bynajmniej taka sobie karteczka, która ma być dla ciebie argumentem, by nie pić. Ofiarowujesz swą przysięgę w intencji wykorzenienia nałogu alkoholizmu panującego w Polsce. Twoja abstynencja jest nie tylko świadectwem dla innych, ale także swoistym rodzajem modlitwy. Na tym to właśnie mniej-więcej polega.
Wróćmy do tematu. Ola miała Krucjatę, a ja byłem w siódmym niebie. Ola zresztą też – myślała, że na świecie istnieje tylko jeden facet, który alkoholu nie pije, a tu Zonk :). Potem się zaręczyliśmy, obmyśliliśmy jak wszystko będzie wyglądało, a potem musieliśmy powiedzieć rodzicom. No i powiedzieliśmy. Kiedy zorganizowało się coś w rodzaju oficjalnych zaręczyn (czegoś takiego w zasadzie nie było – chodzi mi o pierwsze spotkanie obu par teściów w celu obgadania warunków naszych zaślubin – Geez, jak to poważnie brzmi! - w gruncie rzeczy było raczej wesoło :), wyszedł temat alkoholu. Omawialiśmy go już wcześniej indywidualnie – bez wyraźnej aprobaty ze strony jednych czy drugich. Rozmowa nas dwoje przeciw ich czworgu była nie lada wyzwaniem. O ile tata Oli nie bywa zdenerwowany – o tyle tym razem nie było z nim żartów. Wiedzieliśmy jednak, że o alkoholu na obiedzie ślubnym (obawiam się, że i tak rodzice postarają się, by wyszło z tego w miarę tradycyjne wesele) mowy być nie może. Nie planowaliśmy argumentować. Krucjata Oli wystarczyła za wszystkie argumenty. Kiedy jednak widzieliśmy, że temat alkoholu na weselu, bo wesele jest dla gości, bo nie będą się dobrze bawić, bo to nie my go kupujemy, bo to nie my nim częstujemy, bo to nie dla nas wreszcie wesele, tylko dla gości, pozostaje wciąż punktem tragicznie dyskusyjnym, odpaliłem z grubej rury: „Dobrze. Zgoda. Może być alkohol, jeśli chcecie” - nastąpiło pewne uspokojenie w szeregach - „Ale wtedy będziecie się bawić bez nas”.
Ostatecznie udało się opanować sytuację – i po pójściu na kilka bezdyskusyjnych kompromisów (polegających między innymi na tym, że zaprosi się członków rodziny, których widzieliśmy 2 razy w życiu) – doszliśmy do wspólnego wniosku, że obiad będzie bezalkoholowy. I mam nadzieję, że nie postanowią jednak otworzyć jakiegoś alkoholowego podziemia.
To wszystko super. Ale ja nadal, od 5 lat już, marzyłem o podpisaniu Krucjaty. W końcu i tak nie piję – co mi szkodzi? Okazało się, że Ola ma gdzieś jakieś stare druczki. Udało się jeden odnaleźć, ale zapominaliśmy o braniu go ze sobą. A ja chciałem zrobić to bardzo uroczyście. W kościele, po mszy, wyspowiadawszy się uprzednio. No i nareszcie się udało.
Wczoraj i tak mieliśmy iść do spowiedzi. Druczek od naszego ostatniego pobytu w Bełchatowie leżał na wierzchu. Wziąłem go więc ze sobą, wraz z zielonym cienkopisem – bo zieleń to taki radosny kolor. Po spowiedzi (strasznie sympatyczny ksiądz, i taki miły, i takie radosne porady dał, że aż się buzia śmieje) odczekałem do końca mszy, klęknąłem w ławce, odmówiłem modlitwę zawartą na karteczce i wypełniłem deklarację. Już. Tak oto ja również stałem się członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka.
W rzeczywistości jest wiele argumentów za tym, dlaczego nie piję. I dlaczego obiad wieńczący nasz ślub musi być bezalkoholowy. Chociażby to, że goście przyjeżdżają by się bawić i cieszyć z nami, a nie z butelką wódki. Ale dwa argumenty wystarczą za wszystkie inne. Pierwszy to to, że Ola ma Krucjatę. A drugi to to, że teraz ja też ją mam :).
A wczorajsza spowiedź może być krokiem ku złożeniu przez nas jeszcze jednej deklaracji składającej się z trzech literek. Już się nie mogę doczekać! :D
A, jeszcze dodam coś! To taki edit :). Otóż postanowiliśmy, że w naszym domu na Bielanach nie będzie alkoholu. To znaczy nie tyle, że my nie będziemy pić. Tylko jak przyjadą goście i będą się chcieli napić, to mogą wyjść na podwórko. Stajemy się nieznośni!
komentarze [2]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Bóstwo Jezusa
piątek, 11 kwietnia 2008 || 01:07:29
Zgredzik nie tak dawno napisał notkę, w której przytacza dyskusję ze swoją mamą na temat bóstwa Jezusa. LINK do notki macie tutaj. Zgredzik nie tyle twierdzi, że Jezus Bogiem nie był, lecz raczej, że nie ma to w rzeczy samej większego znaczenia. Ośmielę się nie zgodzić z owym stwierdzeniem.
Od najwcześniejszych lat istnienia chrześcijaństwa wierzono w bóstwo Jezusa. Problem był nie w tym, czy Jezus jest (jest, a nie był, gdyż Bóg nie może istnieć tylko w określonym czasie) Bogiem, tylko w tym, jak godzą się Jego dwie natury w jednej osobie, oraz jak to możliwe, że jednocześnie i On, i Ojciec jest Bogiem. Później, później, próbowano rzeczywiście udowadniać, że nie ważne czy Jezus jest Bogiem, lecz to ważne, czego nauczał. Przez to pojawiały się takie kwiatki jak pochwała spacerów (bo Jezus dużo podróżował) czy tym podobne. Prawda jest jednak taka, że nie da się oddzielić nauki Jezusa od Jego faktycznego bóstwa. Z jednej prostej przyczyny: Jego nauka oraz jej moc opiera się na tym, że jest Bogiem.
Myślę, że aby udowodnić to, co chcę przekazać, oprę się głównie na słowach, które autorzy Ewangelii wkładają w usta Jezusa. Bo mógłbym na przykład przytoczyć listy pawłowe, w których nazywa on Jezusa Kyriosem – czyli Panem. W których niejednokrotnie stwierdza, że Jezus Bogiem jest. Czy choćby początek Ewangelii wg. św. Jana, gdzie „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”. I tu początek nie oznacza wcale początku czasów, lecz to, co było przed czasem. Czyli w wieczności. Jednym Słowem – Słowo, które było Bogiem, istniało zawsze. A potem zeszło na świat i rozbiło między nami namiot.
Ale zostawmy to w spokoju i skupmy się na nauce Jezusa. Jezus całą moc swojej nauki opierał na tym, że jest Synem Bożym, że jest Synem Człowieczym. My z pewnością nie do końca rozumiemy te słowa – Syn Boży nie znaczy przecież „Bóg”. Ale nie jesteśmy Żydami. Nie do końca pojmujemy to, co pojmują ludzie żyjący w czasach Chrystusa. Co pojmują faryzeusze. Owszem, Syn Boży to jest tytuł bardzo bliski w znaczeniu do tytułu „Bóg”. Nikt nie miał prawa nazywać siebie synem Boga. To do dziś podkreślają choćby mahometanie. A teraz przytoczę fragment Ewangelii, ukazujący słowa Jezusa i Jego polemikę z Żydami, właśnie na temat bóstwa: „Rzekł do nich Jezus: 'Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec. Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy'. I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. Odpowiedział im Jezus: 'Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować?' Odpowiedzieli Mu Żydzi: 'Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga.' Odpowiedział im Jezus: 'Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli /Pismo/ nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże - a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym?'” (J 10, 25-36).
W tym krótkim fragmencie mamy wszystko. Całą naukę Jezusa – nie licząc tego, co większość przeciwników Jego bóstwa usiłuje ukazać jako wyłączne. Nauka moralna Jezusa Chrystusa jest niezwykle, niezwykle ważna. Pod dwoma warunkami: że uwierzy się w Jego naukę o Jego własnym bóstwie oraz w naukę (główny temat Ewangelii) o Królestwie Niebieskim. W przytoczonym fragmencie Jezus mówi nam, że to On daje życie wieczne swoim owcom, tym, które idą za Nim. Może my tego nie rozumiemy jednoznacznie, jako dowodu na boskość, ale przypominam, nie jesteśmy Żydami. U Izraelitów mówienie o tym, że należy podążać za kimkolwiek po to, by uzyskać zbawienie jest niewątpliwie roszczeniem sobie prawa do bycia Bogiem. I dalej: „Nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. (...) I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca.” Czyżby chodziło o dwie różne ręce? Za chwilę sam Jezus nam odpowiada: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Jedno – w oryginale to słowo jest zapisane dokładnie tak samo. Jedno to liczba pojedyncza. „Jesteśmy” oznacza dwie osoby. Mimo, że Ojciec i Syn stanowią dwie różne osoby, są jednocześnie jednym i tym samym. Są tym samym, jedynym Bogiem. Chodzi absolutnie, jednoznacznie o tą samą, jedną, boską rękę. Później sami Żydzi mówią, że chcą ukamienować Jezusa za to, iż nazwał siebie Bogiem. A On ukazuje im tekst z ich Pisma, udowadniający, że nie mają do tego prawa...
Wiele jeszcze innych cytatów da się przytoczyć (i oczywiście przytoczę, jeśli nadejdzie taka konieczność), by ukazać, że Ewangelia przedstawia Jezusa jako Boga. I tylko na tej podstawie przestrzeganie zasad moralnych, które zostały w Nowym Testamencie zapisane, ma jakikolwiek sens. Mowa o oblubieńcu, nie znacie dnia ani godziny, odnosi się właśnie do przestrzegania zasad moralnych – tylko w jakim celu? Bo nie wiemy, kiedy po każdego z nas przyjdzie oblubieniec. Oblubieniec, o którym jednoznacznie mówi Apokalipsa jako o Jezusie Chrystusie. Który przyjdzie sądzić żywych i umarłych.
Jeśli wierzymy w słowa zapisane w Ewangelii, musimy, czy chcemy tego, czy nie, uznać, że Jezus uważał siebie za Boga. Neusner, teolog żydowski, świetnie orientujący się w kulturze starożytnego Izraela, proponuje, by przenieść się w czasy Jezusa i stać się jednym z faryzeuszów. Stwierdza on, że w ostateczności Jezus mówi bardzo mądrze, ale on nie może pójść za Nim. Właśnie dlatego, że Jezus uważa się jednoznacznie za Boga. Bez żadnej wątpliwości.
Nie możemy stwierdzić, że Jezus za Boga się nie uważał – bo to nieprawda, jeśli przyjmiemy wiarygodność Ewangelii. Możemy jedynie uznać, że albo mówił prawdę, albo kłamał, albo był wariatem. Drugą i trzecią opcję na Waszym miejscu bym wykluczył. Trudno spodziewać się po kimś, kto prezentował sobą tak wysoką moralność, kto wyzywał faryzeuszów od grobów pobielanych, kto ratował jawnogrzesznice i jadał z celnikami, a mimo wszystko nie można było Mu niczego zarzucić, by robił to w zakłamaniu, tudzież by kłamał w tak poważnej sprawie jak bycie Bogiem. Nie był także wariatem. Ciężko mi wyobrazić sobie kogoś, kto będąc wariatem, byłby jednocześnie tak zrównoważony, spokojny, mądry, kto potrafiłby w każdej sytuacji zachować się dokładnie tak, jak sytuacja tego wymagała. Jeśli myślimy trzeźwo, możemy więc uznać jedynie to, że mówił prawdę. Czyli że de facto był Bogiem. Czy, by być ścisłym, jest, był i zawsze będzie.
A co do kwestii genialnego teologa ks. Węcławskiego – sprawa wygląda zupełnie inaczej. To, czego złapał się ów człowiek, Benedykt XVI nazwał drugą dehellenizacją. Zjawiskiem polegający na próbie powrotu do czystej Ewangelii, oczyszczeniu jej z XX wieków interpretacji, z narośli hellenistycznej filozofii, więcej! z interpretacji pierwotnej gminy chrześcijańskiej, świętego Pawła czy nawet samych ewangelistów. Czyli na próbie powrotu do czystej nauki Jezusa Chrystusa. Do której powrotu nie ma, bo Jezus nic nigdy nie napisał i wszystko, co znamy, znamy jedynie z przekazu Jego uczniów, lub nawet z przekazu uczniów tych uczniów. Węcławski nie jest tu pierwszy. Zaczęło się w XIX wieku od niejakiego Adolfa von Harnacka. A Węcławski opiera się na protestanckim egzegecie Theissenie, który w swej książce „W cieniu Galilejczyka” napisał, iż wszystko, co wiemy o Jezusie, pochodzi od świadków, ale nie od samego Jezusa. A co za tym idzie – słowa zapisane przez ewangelistów wcale nie muszą mieć za wiele wspólnego z prawdą. W tej sytuacji rozumiem za podstawne negowanie bóstwa Jezusa – bo nie wiemy do końca, co mówił. I czy zmartwychwstał. Bo wcale tego nie zanotował. Tylko w tej sytuacji nie próbujmy namawiać kogokolwiek do przestrzegania nauki moralnej Jezusa Chrystusa. Bo nie mamy pojęcia tak naprawdę, czy Jezus czegokolwiek kiedykolwiek nauczał. Ani czy w ogóle, moi drodzy, kiedykolwiek istniał.
Oczywiście człowiek imieniem Jezus istniał. Oczywiście nauka zanotowana w Ewangelii jest Jego nauką, oczywiście zmartwychwstał i oczywiście był Bogiem. Oczywiście również można do tego dojść poprzez poznanie historii i dokładną lekturę Ewangelii. Ale, jeśli będzie potrzeba, posłuchacie mnie o tym innym razem...
komentarze [5]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
Zmartwychwstanie
poniedziałek, 31 marca 2008 || 21:12:35
Tegoroczna notka wielkanocna zapowiada się trochę nietypowo. Najbardziej bawi mnie to, że akurat wpasowałem się w notkę numer 101, czyli tak, jakbym zaczynał od początku. Nie muszę chyba pisać, co to znaczy „tegoroczna” - tak jakby wcześniej już jakieś były, czy dlaczego notka numer 1 jest tak naprawdę numerem 101. Podejrzewam, że większość z tych, którzy mnie czytają, wie jednocześnie kim jestem. Imienia i nazwiska podawać nie będę. Kto potrzebuje je znać, prawdopodobnie i tak je zna. Powszechnie znacie mnie jako Artdico Gnorofexa. Między innymi z moich dwóch poprzednich blogów. A tych, którzy jeszcze mnie nie znają, i trafiają na mnie po raz pierwszy, serdecznie witam i pozdrawiam.
Notka numer 1(101), a jeśli ktoś się uprze, to w marcu 2008 jest to notka druga. Przerzut na nowego bloga został spowodowany reakcją pewnych środowisk na moją notkę poprzednią. To ciekawe – nigdy nie przypuszczałbym, że scenariusz powtórzy się po raz drugi. Kiedyś, zaraz na początku mojej blogowej kariery, przeżyłem coś bardzo podobnego. Wówczas odłożyłem pierwszego bloga, założyłem drugiego. I miałem mocne postanowienie, że już nigdy więcej. Że na wieki wieków pozostanę obrońcą życia i świętości, amen. Nie wyszło. To pewnie dobrze.
Mam na imię Mateusz. Wystarczy – bo nie lubię się podpisywać jako Artdico. Artdico to ideał. A ja ideałem nie jestem. I jeszcze bardzo dużo mi do ideału brakuje. Mam na imię Mateusz i mam 22 lata. 22 i pół w zasadzie. A z Jezusem spotkałem się w wieku około 17 lat, choć i wcześniej bywałem w kościele. Przez rok byłem klerykiem w Seminarium. Zostałem stamtąd wydalony za bloga właśnie. Ci, którzy potrzebują wiedzieć o mnie więcej, czyli co działo się potem, mogą zajrzeć do archiwum bloga drugiego. Teraz jestem z Olą. I bierzemy ślub we wrześniu. W przyrodzie wreszcie zaczyna się wiosna, a my coraz bardziej bierzemy własne życie we własne ręce.
Diana, najlepsza przyjaciółka Oli, jest z Albinem, najlepszym moim przyjacielem. Bardzo, bardzo się z tego cieszymy. I życzymy powodzenia, by Wam również wszystko się poukładało.
Mam na imię Mateusz. Jestem katolikiem. Już dawno nauczyłem się, by Jezus, Jego Ojciec i Duch Święty, czyli Jedyny Bóg, zawsze był na pierwszym miejscu. Czasem zapominam o tym, choć to najważniejsze. Ale faktem jest, że kiedy sobie o tym przypominam, to wszystko nagle zaczyna się układać. Ola też jest katoliczką. Uczymy się od siebie nawzajem miłości ku Bogu i sobie nawzajem, każdego dnia codziennego życia. Uczymy się też tego, jak przetrwać w świecie materialnym nie zapominając o tym, by wciąż kierować swe oczy ku niebu. I stąd adres mojego nowego bloga. Sacrumprofanum. Bo świat od wieków dzieli się na to, co Boskie i na to, co ludzkie. Na to, co w kościele i na to, co na zewnątrz. A święty Tomasz z Akwinu dawno temu odkrył, że tak naprawdę coś, co nazywamy profanum nie istnieje. Że wszystko, co się dzieje na świecie, ma w sobie Boga. I wszystko dokładnie przenika Bóg. I jeśli ktoś idzie zarabiać pieniądze, to nie robi tego tylko po to, by jakoś przeżyć. Bo i w odpowiednim wykorzystaniu pieniędzy jest Bóg. Jest w rodzinie, którą trzeba się zaopiekować, jest w domu rodzinnym, za który trzeba płacić rachunki, jest w tym, dla kogo pracujesz, by dać mu coś dobrego od siebie. Sacrumprofanum. Bez podziału. Wszystko przenika Bóg.
Tegoroczna notka wielkanocna zapowiada się trochę nietypowo. Dlatego, że nie mówi tylko o tym, co wydarzyło się jakieś 2000 lat temu i wydarza się codziennie w naszych sercach, w naszych wspólnotach. Nie mówi tylko o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, naszego jedynego Zbawiciela i Odkupiciela. Naszego jedynego prawdziwego skarbu, dzięki któremu wszystko inne staje się skarbem po tysiąckroć doskonalszym niż bez Niego. Nie mówi tylko o tym.
Mówi też o mnie. O tym, że odszedłem przed Wielkanocą. A wracam po niej. I o tym, że będę się starał wrócić do takiego bloga, jakim pierwotnie mój blog miał być. Czyli przede wszystkim katolickiego, przekazującego naukę Kościoła. Przekazującego naukę Jezusa i apostołów. Przekazującego Prawdę. W końcu studiuję teologię. No właśnie. Chyba po coś ją jednak studiuję...
Wszystkich, którzy trafili do mnie, serdecznie witam. Jak zechcecie, podpiszcie się pod spodem jakimś małym komentarzem. Wróciłem. I myślę, że mogę już podać hasło do mojego pierwszego i drugiego bloga. Ci, którzy to czytają, i tak już prawdopodobnie je znają. Brzmi ono: zjadaczkastokrotek. Tak, jak adres bloga mojej największej miłości. No dobrze. Największej tuż po Panu Bogu.
A, i jeszcze jedno. Lubię MyLoga. I blogaski Hermiona-Bill. I inne takie. I mi się podoba to, że można swój własny wygląd zrobić. I że jest tak pięknie i kororowo. I nie, nie przejdę na Wordpress. Don't even think of it! :)
komentarze [4]
Indeks notek
Klub Bożych Wariatów
Blog Pierwszy || Blog Drugi || Ola || Michalina || Expugnis || Piętuś || Makota || Zgredzik || Tikula || Wiola || Karol || Jasmine || Twórczość Gibona || ATNGS Forum
|